środa, 8 czerwca 2016

Miniatura III: “Urodzinowy prezent”


Do you remember
Those special times
They'll just go on and on
In the back of my mind 

________________________________________________________________________

Była wszystkim wycieńczona. Zakończenie szkoły, powrót do domu, stracenie wszystkiego co miała. A miała wiele. On był właśnie tym wszystkim. Tak Hermiona Granger była z Draco Malfoy’em, ale ich burzliwy związek zakończył się tuż po Owutemach. Załamana dziewczyna nie jadła, nie piła, nie płakała. Po prostu tęsknota zżerała ją od środka. Czy to było możliwe? Tak, jak najbardziej… a ona była tego żywym dowodem.

Rodzice dziewczyny mogli nic poradzić na jej stan, mimo wszystkiego co robili. W kocu, zdecydowali się wysłać ją na dwu tygodniowy, czarodziejski wyjazd do Hiszpanii. Mieli nadzieję, ze dzięki temu dziewczyna zapomni o całych złych rzeczach, o których oni dokładnie nie wiedzieli, ale się domyślali.

Więc ona pakowała najpotrzebniejsze rzeczy, wiedząc, że cały ten cyrk i tak nie pomoże. Przecież zapomina się po jakimś czasie… ale ona tego czasu potrzebowała wiele. Już jutro miała wyjeżdżać, by zatracić się w tęsknocie.

* * *

- Mamoo, mam wszystko- powiedziała zniecierpliwiona brązowowłosa, patrząc na swoją bliźniaczo podobną matkę. Jedynie oczy i kilka zmarszczek na jej dostojnej twarzy się różniły.

- Dobrze córeczko, więc zachowuj się dobrze, ale przede wszystkim baw, bo już niedługo wejdziesz w dorosłe życie- powiedział jak zwykle mądry pan Granger, patrząc z dumą na swoją córkę, jednak w tym spojrzeniu kryła się cała troska o jej los.

- Tato, wszystko będzie w porządku- powiedziała z lekko naburmuszoną miną, gdyż ojciec przypomniał jej co czeka ją po wakacjach. A był to staż w Ministerstwie.

Samolot, którym mieli odlecieć czekał już z zapakowanymi bagażami. Wiele młodych czarodziei i czarownic żegnało się właśnie ze swoją rodziną, powoli wkraczając w wakacyjny świat przygód i nowości.

- Do zobaczenia- powiedziała rodzicom Hermiona, przytulając oboje naraz.- Napiszę- zapewniła, uprzedzając pytanie matki.

- Trzymaj się kochanie- odpowiedziała rodzicielka, ze łzami w kącikach zielonych oczu. Ojciec jedynie uśmiechnął się, a córka wyszła na zewnątrz, do grupy , z którą miała jechać.

Nie odwracała się wiedząc, że zobaczy płaczącą matkę… zawsze płakała, gdy wyjeżdżała.

Pewnie wkroczyła do grupy, stając obok wysokiego bruneta, który gdy tylko ją zauważył, odwrócił głowę. Nie zwróciła na niego uwagi. Wsiedli do samolotu, który okazał się magicznym środkiem transportu. Droga minęła szybko, w towarzystwie dziewczyn, Susie i Hanny z wyjątkowo podobnymi zainteresowaniami do Lavender Brown i Parvati Patil . Całą drogę przegadały niczym przekupki na targu, o modzie, kosmetykach i innych bzdurnych głupotach. Z tego wszystkiego Hermiona wyjęła mp4 i założyła słuchawki, puszczając sobie swoje ulubione zespoły, typu: Budka Suflera, Perfect i Linkin Park. Ta muzyka po prostu pozwalała jej odreagować. Zatraciła się w słowach „Jolki, Jolki” i usnęła, nie wiedząc nawet kiedy.

Nowo poznane koleżanki obudziły ją tuż przed lądowaniem, za co była im wdzięczna, gdyż tej części lotu bała się najbardziej. Gdy już wylądowali, odetchnęła z niesamowitą ulgą. Wysiadła z samolotu wprost na zalane gorącym słońcem lotnisko. Podeszli do bramek i przeszli przez nie. Bez żadnych komplikacji, udali się wprost do swojego hotelu, nad pięknym, przejrzystym morzem. Pokój- czerwone ściany, dębowa podłoga i metalowe dodatki, gustowny- przypadł jej z Susie i Hanną i z jednej strony cieszyła się z tego powodu, bo już je znała i nawet polubiła. Rozpakowały się szybko, gawędząc przy tym miło i ruszyły na kolację.

Stołówka była miejscem pełnym stolików, przeróżnych kanap i krzeseł. Odcienie brązu panowały na ścianach, a podłoga była ze szlachetnego drewna. Dziewczyny usiadły przy jednym ze stołów. Jedno wolne miejsce wciąż było puste, ale jakoś nie rwały się do tego , by ktoś miał je zapełnić.

-Można się dosiąść?- podszedł do nich pewien chłopak, czarne włosy, niebieskie oczy, wysoki i dobrze zbudowany. Przystojniak- można byłoby stwierdzić.

- Taak, jasne- powiedziała oczarowana jego wyglądem Susie. Usiadł naprzeciw Hermiony, wbijając w nią pełne zaskoczenia spojrzenie. Wyglądała prześlicznie, mimo cieniów pod oczami i wychudzonego ciała.

- Jestem Matt- przedstawił się, obrazując na twarzy rozbrajający uśmiech.

- Susie- uśmiechnęła się zalotnie blondynka , o jaskrawo zielonych oczach.

-Hanna- powiedziała obojętnie, gdyż była zainteresowana swoim telefonem. Hermiona nie powiedziała nic, nie zwracała uwagi na całą tę rozmowę. Jej myśl zajmowało palące uczucie, że ktoś obserwuje każdy jej ruch.

- A Ty ślicznotko?- zapytał, a ona zmierzyła go spojrzeniem godnym bazyliszka w czasie uczty.

-Hermiona- wyrzuciła chłodno i beznamiętnie. Od Niego się tego nauczyła…

-Uoouu- odsunął głowę, jakby odrzucony tonem dziewczyny. Dania pojawiły się na stolikach, w końcu hotel był czarodziejski. Jedli, słuchając żartów nowego kolegi, a Susie i Hanna szczebiotały wesoło. Gorzej być nie może- pomyślała Miona. Nie tknęła nic ze swojego talerza, chociaż wszyscy piali zachwyty nad hiszpańską kuchnią. Nie była głodna. Wszyscy byli w połowie posiłku, ona wyszła do pokoju. Miała dość słuchania śmiechów dziewczyn, kiedy ona nie była w nastroju.

- Hej Miona- zawołał ktoś, a ona miała wrażenie, że skądś zna ten głos. Odwróciła się.

-Diabeł?- zapytała niedowierzając w to, co widzi. Przed nią stał wysoki brunet, którego przecież tak dobrze znała ze szkoły, a tym bardziej z siódmej klasy. Wpadła w jego objęcia, ciesząc się, że go widzi.

- Co tu robisz?- spytał.

- Rodzice mnie tu wysłali- powiedziała obojętnie, a on zlustrował ją wzrokiem. Schudła bardzo, była blada. Inna.

- Co ty ze sobą zrobiłaś? Dziewczyno, teraz wracamy tam, a ty jesz coś. Widziałem, że nic nie jadłaś, nie wywiniesz się- powiedział opiekuńczym tonem, zaciągając ją z powrotem do Sali. Usiedli przy pustym stoliku Hermiony.

-Dobra, a teraz powiem Ci nowości- zaproponował, pilnując przy tym, by cokolwiek zjadła.

-Noo?- zapytała ciekawie. Obecność Blaise’a zawsze poprawiała jej humor.

- Smok też tutaj jest…- mruknął entuzjastycznie, a ona zdławiła się pitym właśnie sokiem.

-Anapneo- szepnął Zabini , z różdżką skierowaną na dziewczynę. Momentalnie odzyskała oddech.

- Cooo?- zapytała głupio, a sens słów wypowiedzianych przez przyjaciela nadal do niej nie docierał.

-To, co słyszałaś.

- O nie, ja tego nie zniosę. To za dużo- powiedziała.

- Unika Cię.

-To dobrze, wręcz cudownie- stwierdziła z wyrzutem.

Zjadła w ciszy, a Diabeł odprowadził ją do pokoju, sam znikając tuż za rogiem. Przebrała się i wyszła na spacer po brzegu morza.

Zaczęło się od wspominania względnie niewinnych chwil, wspólnych potyczek, kłótni pogodzeń. Później zaczęły się pocałunki, ten pierwszy wyrażający wszystko , te kolejne, dające poczucie szczęścia. Każde spojrzenie, każde pragnienie. Wróciły. Chciała płakać, pomogłoby. Ale nie mogła. Obiecała sobie, że nie będzie i dotrzymywała złożonej obietnicy. Usiadła, wsłuchując się w szum niebieskich fal.

Momentalnie zrobiło jej się słabo. Zakręciło jej się w głowie, a mięśnie straciły napięcie. Zemdlała.

* * *

Wyjazd. Rodzice nalegali na niego, z nieznanych mu powodów. Nagle po wojnie zaczęli się nim interesować. Ale odpowiadało mu to, bo zawsze chciał, żeby właśnie tak było. Na lotnisko teleportował się sam, po krótkim pożegnaniu z rodzicami. Nie widział takiej potrzeby, przecież niedługo się zobaczą.

Dotarł na lotnisko, gdzie spotkał się z Diabłem. Tak, Lucyfer też jechał na podryw.

-Witaj Blaise- powiedział, widząc szczerzącego się do niego przyjaciela.

- Szczęść Boże Smoku- przywitał się, jak to było w jego zwyczaju, a uśmieszek nie schodził z jego przystojnej twarzy.

-Coś ty taki wesoły?- spytał lekko zirytowany.

-No w życiu nie zgadniesz kogo widziałem…- jego oczy błyszczały zdradliwie.

- No nie wiem, może Merlina?- zironizował zdenerwowany blondyn.

- Hermionę, Hermionę Granger- rzekł usatysfakcjonowany, gdyż doskonale wiedział, że jego przyjaciel wciąż ją kocha, chociaż się tego wypiera do tej pory. Obserwował reakcję przyjaciela: szok, zdziwienia, strach, a na końcu niezbyt prawdziwa złość.

- Nie wkręcaj mnie, i tak ci nie wierzę- a oczy wciąż zdradzały zainteresowanie.

- Nie chcesz nie wierz, ale raczej ją poznałem… to na pewno była ona- stwierdził z przekonaniem.- Tylko strasznie schudła i pobladła… naprawdę nie wiem czemu- zasiał poczucie winy w Malfoy’u.

Wsiedli do samolotu, a na samą myśl, że gdzieś w nim siedzi ona , nie dawała spokoju arystokracie. Podróż minęła mu szybko, gdyż większość czasu spał, śniąc o niej. Wysiedli z samolotu, a całkiem duża grupa nie pozwoliła zobaczyć jej, mimo to, że niecierpliwie się rozglądał. Poszli do hotelu, a on wciąż jej nie widział. Rozdali im klucze. Pokój przypadł mu z Diabełkiem i jakimś chłopakiem w okularach imieniem Peter. Rozpakowali się i ruszyli na kolację. Usiedli przy jednym ze stolików w kącie. Rozmawiali o quidditchu.

- Wiesz, my z Draco, w Hogwarcie byliśmy w drużynie Slytherinu…- zaczął się chwalić Zabini.

Wtedy to właśnie zobaczył ją. Weszła w towarzystwie dwóch wymalowanych dziewczyn. Faktycznie, wyglądała niedobrze, jednak wciąż była piękna. Patrzył na nią, wiedząc ile stracił… Ale czy stracił, czy może jest jeszcze jakakolwiek szansa ? To się jeszcze okaże...

Usiadła tyłem, a on jak oczarowany wbijał w nią swój przeszywający wzrok. Dania pojawiły się na stole,, ale nie poświęcił im większej uwagi. Jadł, nie wiedząc co wkłada do ust. Nagle ona wstała i wyszła, a zaraz za nią poderwał się Diabeł, tłumacząc się toaletą. Dokończył kolację i poszedł do pokoju. Blaise wsiąkł, ale jakoś się tym zbytnio nie przejął. Usiadł na swoim łóżku, wiedząc, że czekają go męczarnie, miłosne, a to chyba najgorsze, co może spotkać mężczyznę. Peter włączył jakiś hip-hop, a że Malfoy szczerze tego nie znosił, wyszedł, w planach mając mały spacer.

- Ooo, Smoku, gdzie się wybierasz?- zapytał Zabini, widząc zamyślonego przyjaciela.

- Idę na spacer- odpowiedział, a Diabeł zaśmiał się.

- Jak chcesz, ja tam idę wyrywać gorące hiszpanki- rzekł radośnie.

- Powodzenia, które Ci się przyda- zironizował.

- Żart to Ci się wyostrzył- powiedział niby obrażony.- Na razie – pożegnał się, a Draco kiwnął mu głową.

Poszedł na plaże by pomyśleć. Po wojnie wiele rzeczy się zmieniło. Zmienił się także on. Zakochał się na zabój. I stracił tę miłość, gdy teraz właśnie mógłby mieć ją na zawsze.

Najbardziej dziwiło go jednak to, że rodowy pierścień babci Black, właśnie został wyjęty ze skarbca i poddany odnowieniu. To przypominało mu o tym, że rodzice liczyli na to, że będzie z jakąś porządną panną. Nie chcieli wybierać mu żony. Czasy się zmieniły i stwierdzili, że on sam musi wybrać tą , którą pokocha.

Ojciec zawołał syna do swojego gabinetu, zaraz na drugi dzień po przyjeździe z Hogwartu. Zapukał, a usłyszawszy ciche „proszę”, wszedł. Obok niego siedziała moja matka, a ich ręce splecione były ze sobą. Teraz już go to nie dziwiło.

- Draco, chcieliśmy z Tobą porozmawiać- powiedział Lucjusz ciepłym tonem. Obydwoje chyba zauważyli jego przygnębienie. Trudno.- Otóż, ostatnio, jesteś jakiś inny, nie odzywasz się, zamykasz w sobie. Chyba znamy tego powód…- tajemniczość ojca zbiła go z tropu. A co jeśli wiedzą? Jeśli Diabeł się wygadał? Zabiję.

- Wydaje wam się- stwierdził siląc się na uśmiech, chociaż wyglądało to tak, jakby zobaczył testrala.

- Draco , powiedz co Cię gnębi- mruknęła cicho Narcyza, patrząc w oczy syna. Ona wie… panika ogarnęła jego ciało.

- W sumie , to nie o tym chcieliśmy rozmawiać- łagodnie naprostował starszy Malfoy. – Jak wiesz, skończyłeś Hogwart, pracę masz od września zapewnioną. Chyba domyślasz się czego brakuje?- zapytał. Tak, wiedział czego oczekują. Dziewczyny…

- Dziewczyny, która przypadnie wam do gustu- szepnął gorzko.

- A dlaczego niby ta dziewczyna ma nam przypadać do gustu ?- spytał mężczyzna. Teraz to dowalili, a zaraz będzie wywód na temat tego, że musi być czystokrwista i takie bzdury.

- A nie?- zironizował zdenerwowany.

- Nie, Draco- odezwała się kobieta.- To Ty będziesz z nią do końca swoich dni, nie my… My mamy siebie- dodała.

- Jak, jak to?- zaskoczenie wzrastało w nim z każdym, wypowiedzianym przez Cyzię, słowem.

- Tak to- powiedział zniecierpliwiony Lucjusz. – Zależy nam tylko na Twoim szczęściu. Nie będziemy zwracać uwagę na krew, ani inne wpajane Ci w dzieciństwie bzdury. To twoje życie, musisz o nim sam decydować- stwierdził mądrze.- My- zacisnął dłoń na dłoni żony- możemy jedynie Ci pomagać.

Nie wierzył w to co słyszy. Czyli mógłbym być z Granger. Tak ją kochałem, z nią chciałem być do końca. Ale zostawiłem ją i teraz nie sądzę, że mogłaby znowu mi zaufać. I tak wszystko stracone.

- Mam nadzieję, że przemyślisz nasze słowa- dopowiedział ojciec.- Możesz iść.

Wyszedł oszołomiony tymi informacjami. Teraz wszystko zależało od niej.

* * *

-Jak sądzisz, kochanie, przyzna się do tego?- spytała Narcyza swojego męża.

- Dajmy mu czas, to wszystko jest dla niego nowością- rzekł Lucjusz.- Chociaż to jakaś porządna dziewczyna i jakie ona miała oceny, nawet lepsze od naszego syna- zaśmiał się wesoło, a żona zawtórowała mu.

* * *

Tak, ta rozmowa była dla niego gigantycznym szokiem. Do tej pory nie powiedział im nic o Hermionie, bojąc się ich reakcji.

Rozmyślałby tak jeszcze długo, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. Jednak gdy tylko spojrzał , jak pewna dziewczyna pada bezwiednie na piasek, ruszył ku niej biegiem, wiedząc, że musi pomóc.

Kiedy podszedł jego serce zabiło tysiąc razy mocniej i głośniej. Przed nim leżała Hermiona. Nie zastanawiając się długo wziął ją na ręce i aportował się do najbliższego szpitala.

Zaniósł ją do Izby Przyjęć, a tam magomedycy od razu ją przyjęli. Więcej nie mógł zrobić. Teleportował się do hotelu, poinformował organizatorów i Diabła, prosząc o anonimowość. Tylko to chciał jej ułatwić.

Nawet teraz czuł na sobie jej zapach, słaby oddech, jej lekki ciężar. Jak on ją kochał. Wszystko powróciło. Musi zdobyć ją na nowo. To przecież tak się nie skończy.

* * *

Otworzyła oczy, a wszechobecna biel ją oślepiła. Pierwszą jej myślą, było to, gdzie jest i co tu robi. Nagle zmaterializowała się przed nią jedna z magopielęgniarek i zaczęła mówić trochę za szybko.

- Zasłabłaś na plaży- wyjaśniła krótko. Tak, to akurat Hermiona pamiętała.- Przyniosła Cię tu osoba, która chce pozostać anonimowa. Ktoś czeka na Ciebie na korytarzu i pozwolę mu wejść jedynie gdy wypijesz eliksiry- tu zagroziła palcem i podała jej Eliksir Wiggenowy, a po tym jak pójdzie jej gość, kazała wypić Eliksir Słodkiego Snu, który pozostawiła na szafce.

Wyszła, a po krótkiej chwili wpadł zatroskany Zabini. Ucieszyła się na jego widok, jednak miała nadzieję, że to może pewien blondyn.

- Mionka, no nareszcie- powiedział i przytulił się do jej wychudzonego ciała.- Tak się martwiłem, dobrze, że Smm… sama nie byłaś oczywiście- próbował zataić fakt i udało mu się, bo dziewczyna była otumaniona wywarami.

- Ja też się cieszę Diabełku- odpowiedziała niemrawo, patrząc w okno.

- Wypij ten eliksir, później do Ciebie przyjdę- zapewnił i siłą wcisnął jej środek nasenny. – Dobranoc- dodał, a jego uśmiech był ostatnim co zdążyła zapamiętać.

Wielkim plusem tego eliksiru było to, że zasypiało się od razu, a snu nie zakłócały sny i koszmary. Ale też nie można było stosować go w zbyt dużych ilościach, gdyż wywoływał skutki uboczne. Wszystko dobre w umiarkowanej ilości.

Obudziła się wypoczęta. Poleżała kilka chwil, a do pokoju weszła magopięlegniarka z wypisowym.

-Dzień Dobry Hermiono- przywitała się grzecznie, a Miona jej odpowiedziała.- Dzisiaj wracasz już do ośrodka, ale masz się oszczędzać, a przypilnuje Cię ten przemiły czarnoskóry chłopak- uśmiechnęła się niby do siebie.- Możesz się ubrać, bo on już czeka na Ciebie na korytarzu, to się razem teleportujecie, bo sama, broń Boże, nie możesz.

Granger podziękowała z wdzięcznością, ubrała się i wyszła do wiecznie uśmiechniętego Blaise’a.

-Mioonka, no łap się i lecimy- zaoferował jej ramię, a ona się go złapała.

Aportowali się przed hotelem.

- W sobotę, robię tutaj takie mini urodziny, bo jak wiesz, niedługo będę hot 18, ale w sumie ja zawsze jestem hot, ale nie zawsze 18, więc myślę, że wpadniesz ?-spytał z nadzieją.

- No jasne Diabełku, przecież nie opuściłabym takiej imprezy - uśmiechnęła się.

- No to super- stwierdził, chociaż tak naprawdę, to był jego iście diabelski plan, ułożony w nocy. W sumie urodziny miał, ale imprę chciał zrobić w Londynie, ale taka okazja… to nie mogło tak po prostu przejść koło zdradzieckiego nosa.

Doszli do swojego piętra, pożegnali się, a Hermi ruszyła w stronę swojego pokoju. Dziwiło ją to, że Blaise organizuje jakieś urodziny, ale w sumie zawsze lubił zwracać na siebie uwagę i balować. Taka jego natura.

Jeszcze lepszym faktem było to, że osoba, która dostarczyła ją do szpitala nie chciała się ujawnić. W duszy wciąż miała nadzieję, że to On okaże się tym, który ją „uratował”, ale jak do tej pory nikt się nie przyznał, więc mogła sobie tylko marzyć. Takie już było jej życie… Opierające się na domysłach, gdybaniach, niestabilne i często ją zawodziło.

* * *

- Smoku, właśnie dostarczyłem Granger ze szpitala- wydarł się Zabini, szczerząc przy tym równe, białe zęby.

- Taak?- zainteresował się blondyn.- Wszystko z nią w porządku?- przeżywał katusze sumienia i duszy, bo wiedział, czym spowodowany był stan byłej Gryfonki.

- Tak, ma o siebie dbać i się nie przemęczać- oznajmił brunet.

- To dobrze. Przypilnuj jej- powiedział przyjaciel z troską.

- No jakbym nie słyszał tego od innych- udał wielce obrażonego i poszedł do łazienki.

Smokiem tymczasem zawładnęły przemyślenia. Diabeł organizuje urodzimy… co on mu kupi, skoro przyjaciel ma wszystko… Ooo, nawet nie będzie musiał kupować, wystarczy teleportować się w pewne miejsce. To postanowione. Tylko czekać na wykonanie.

* * *

Sobota zbliżała się nieubłaganymi, wielkimi krokami, aż w końcu przyszła z wielkim hukiem. Spodziewana impreza była niemożliwie rozgłoszona, tłumy dziewczyn malowały się i szykowały kreacje na to właśnie wydarzenie, a chłopcy układali włosy i pryskali się jakże ukochanymi przez dziewczęta perfumami.

Hermiona właśnie spinała swoje włosy w luźnego koczka, z którego wypadało kilka kręconych pasm. Zrobiła sobie lekkie kreski, nałożyła trochę srebrnego cienia. Założyła czarną, przylegającą do ciała sukienkę bez ramiączek. Górę zdobiła srebrna koronka, a dół był obszyty świecącą tasiemką. Idealnie na nią pasowała. Gdy tylko jej nozdrza otulił zapach bananowych perfum, wzięła małą srebrną torebkę, założyła czarne szpilki i wyszła z pokoju.

* * *

- Co tu robisz?- spytała niechętnie, patrząc na przybysza.

- Też się cieszę-warknął.- Za trzy godziny tu jestem i zabieram Cię gdzieś- oznajmił szybko.- I nie zadawaj pytań- dodał widząc otwarte usta dziewczyny. Teleportował się, zostawiając ją bez żadnych wyjaśnień. Ciekawość zwyciężyła... Zaczęła się ubierać.

* * *

Weszła na salę pełną przeróżnych osób. A w oddali dostrzegła jubilata. Raźnym krokiem podeszła do roześmianego Blaise’a .

- Diabełku mój Ty- zaczęła uśmiechnięta- życzę Ci tego, czego Ty sam sobie życzysz, bo wiesz co chciałbyś- powiedziała, wręczając prezent.

- Dziękuję Ci Mioneczko- wycałowali swoje policzki, a Hermiona odeszła do baru. Ojj, ja już wiem czego sobie życzyć… zostania wujkiem blondwłosych dzieciaczków.. Uśmiechnął się sam do siebie, a wprost przed nim zmaterializował się Draco.

- Mój staruchu- krzyknął.- Wiesz, czego Ci nie życzę- zawsze byli bardzo mili w stosunku do siebie.- Długo zastanawiałem się co Ci dać, ale chyba to wynagrodzi wszystko- powiedział , a zaraz obok niego, wyłoniła się rudowłosa piękność. Ginny.

W oczach Blaise’a wybuchła radość. Wziął ją w objęcia, nie chcąc wcale puścić. Zaciągnął ją na korytarz, chcąc porozmawiać na osobności, zostawiając blondyna samego, zadowolonego z trafności „podarunku”.

Nie wiedząc co ze sobą zrobić Smok poszedł do baru i zamówił szklaneczkę Ognistej. Usiadł na jednej z kanap i filtrował wzrokiem tłum w poszukiwaniu jej sylwetki. Nie znalazł. Jednym haustem dopił Whisky i skierował się w stronę wyjścia z hotelu, a parne powietrze uderzało go z każdym krokiem. Przeszedł przez ulicę, mając w planach usiąść na ławce, postawionej wprost z widokiem na rozległe morze. Zatrzymał się. Tam ktoś siedział. Dziewczyna, poznał po budowie.

Podchodził coraz bliżej, aż w jego oczy rzucił się brązowy koczek na głowie intruza. Zlustrował ciało.

- Granger?- spytał z niedowierzaniem.

* * *

Wypiła Whisky zaraz po tym, gdy przy Diable zmaterializował się blondwłosy chłopak. Ten widok wciąż bolał. Wyszła tuż przed tym, jak Ginny miała ujawniać swoją obecność. Gdzieś w oddali słychać było grzmoty, a delikatne błyski rozdzierały czerń nieba.

Skierowała się na ławkę, którą wypatrzyła z oddali. Usiadła, rozkoszując się ciepłą nocą i pachnącym powietrzem. Ale głos, który usłyszała za sobą, to nie mogła być prawda…

* * *

-Granger?- spytał z niedowierzaniem.- Nawet nie wiesz…- odwróciła się, hardo patrząc w jego pełne tęsknoty tęczówki.

Kolejna błyskawica z wrzaskiem rozdarła nocne niebo.

-Czego nie wiem, no czego?- zapytała ironicznie.- Chcesz się jeszcze wyżyć na głupiej szlamm…- zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem. Wyrażającym wszystko, co się z nim działo, kiedy tylko widział ją od ich rozstania. Tęsknota, ból, radość , troska, a wreszcie to najważniejsze… miłość.

Całował ją. A ona tak po prostu te pocałunki oddawała. Tyle razy chciała, żeby te wargi znów spoczęły na jej ustach. Tyle razy jej myśli zajmował jego zapach. A teraz miała go przy sobie, nigdy nie chcąc znowu stracić. Wiedziała, jak nierealne to marzenie jest.

Oderwali się od siebie, a Miona patrzyła na niego pytająco.

- Hermiono, zrozumiałem wiele… wiele jeszcze chciałbym zrozumieć i dostrzec, a wiem , że jedynie Ty mi w tym potrafisz pomóc – jego uczucia sypały się niczym piasek, spomiędzy małych rączek kilkuletniego dziecka. – Kocham Cię, to wiem na pewno.

Otworzyła oczy ze zdumienia. To było niemożliwie.

-Ty nie jesteś prawdziwy… - myślała, że to jakaś fatamorgana.- Jesteś tylko w mojej głowie, która nie może sobie poradzić- mówiła jakby do siebie.- Tak, Draco, kocham Cię, ale Ciebie tu nie ma.

-Eeej , to ja…- powiedział załamany. Wtem dziewczyna otrząsnęła się i spojrzała na niego. To naprawdę on. Wcisnęła mu na usta namiętny pocałunek, a on bez sprzeciwów go oddał.

A grzmoty stawały się coraz bliższe, błyski coraz wyraźniejsze, a kropelki deszczowej ulewy zaczęły sączyć się na nich, splecionych we wzajemnym szczęściu i bezpieczeństwu.

* * *

Wróciła z wyjazdu. Inna. Rodzice zauważyli tę zmianę, widzieli, że coś się wydarzyło, a jej humor tylko to potwierdzał.

Bowiem myślała o nim. O tym, co przeżyli w ostatnich dniach. O tym, że zakochali się na nowo. Przekonali się, że ta miłość była pewniejsza, niżeli przepowiednie profesor Trelawney. I to trzymało ją przy życiu…

* * *

- Matko, Ojcze- wykrzyknął uradowany, gdy wszedł do ogromnej posiadłości jego rodziny; Malfoy Manor. Zaaferowani , przyszli przywitać syna.

- Co się stało ?- zapytał starszy Malfoy, całkowicie zdziwiony zachowaniem syna.

- W najbliższym czasie przedstawię wam swoją narzeczoną- szczęśliwy wyściskał Narcyzę i Lucjusza i wesołym biegiem ruszył po schodach, pozostawiając oniemiałych rodziców.

- Żono, czy mi się wydaje, czy on właśnie wygląda jakby był zakochany?- zapytał z niedowierzaniem małżonki, której reakcja była w pełni podobna do jego reakcji.

- Masz całkowitą rację i chyba nawet wiem, kogo odnalazł…- powiedziała, jednoznacznym wzrokiem patrząc na męża.

* * *

Minął pełen wrażeń rok.

Czarnoskóry mężczyzna przechadzał się po jednym z pokoi swojego obszernego domu. W końcu nie co dzień kończy się 19 lat. Usiadł na sofie, czekając na swoją ukochaną, mającą za kilka chwil wrócić. Tak wiele zmieniło się w jego życiu. Znowu z nią.

Jego przyjaciel natomiast był żonaty… tak Draco Malfoy był żonaty, ale to nic. A z kim był w związku małżeńskim? Z Hermioną Granger. Tak, to była jego mała zasługa, a minęło od niej właśnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Dzięki „małej” imprezie tak wiele zmieniło się w jego życiu.

Usłyszał szczęk otwieranych drzwi, a rudowłosa kobieta wpadła do pokoju.

- Cześć- powiedziała wesoło , a on tylko przyciągnął ją do siebie i pocałował. Oderwała się od niego.- Mam dla Ciebie wiadomość- uśmiechnęła się.- Będziemy mieli synka- krzyknęła, a w tym samym momencie pokój rozświetlił blask patronusa. Smok.

- Hermiona urodziła, bliźniaki, chłopczyk i dziewczynka – usłyszeli głos młodego Malfoy’a .

Radość Blaise’a nie znała końca. Jego wymarzony, urodzinowy prezent wtargnął do rzeczywistego świata. Będzie miał synka, a do tego jest zajebistym wujkiem blond bliźniaków z kręconymi włosami, szarymi oczkami i dobrymi serduszkami… Teraz może nazwać siebie szczęśliwym.

* * *

Co to?

Czy to miłość wtargnęła do Twojego życia?

Czy to tylko sen?

Nie, to nie sen…

To piękna rzeczywistość, na którą w pełni zasłużyłeś.

Rzeczywistość kolorująca Twoje, niegdyś szare, niebo…

w tysiące urokliwych barw.
___________________________________________________________
Wakacje, przybywajcie! :D
Pozdrawiam, 
Lúthien :*

czwartek, 2 czerwca 2016

Miniatura VI: "Spadam"



„Tak bardzo chciałbym, żeby jutro mogło się to zmienić
Żebym mógł dać Ci, to co chcę Ci dawać i dostać to od Ciebie
Tak bardzo chciałem dzisiaj Ci powiedzieć, że
Mówię Ci co chcesz usłyszeć i mówię to dla Ciebie”

Skarbie, wiesz, a może nie wiesz, że Cię kocham… uświadomiłem to sobie już w szóstej klasie. Szóstej klasie… tyle czasu. Udawałem, że Cię nienawidzę, bo udawałem… tak naprawdę, chciałem Cię pocałować, chciałem więcej.
„Tak mocno chciałem Twoich oczu, Twojej skóry
Tak bardzo chciałem Twoich dłoni, tak mocno czułem to
Tak bardzo chciałem obok być, nie myśląc ile to kosztuje”

Zawsze wokół moich myśli krążyło to, czy jesteś bezpieczna, czy nic Ci się nie stało. Wiesz, że w ciągu niektórych bitew ciągle wypatrywałem Ciebie, Twoich włosów, Twojego ciała. A kiedy już Cię widziałem, moje serce podskakiwało radośnie, mimo odgłosów walki, a opadało głośno, gdy rzucałaś się Rudzielcowi w ramiona. To ja chciałem być na jego miejscu…

„Tak mocno czułem to, tak bardzo byłaś mi potrzebna
Tak bardzo chciałem być potrzebny Ci,
Niezbędny tak jak Ty mi do dziś
Tak bardzo byłaś jedna, jak nigdy, nigdy nikt
Tak bardzo mocno chciałem z Tobą żyć”

Byłaś moją jedyną. Pierwszą i ostatnią. Moim życiem i moją śmiercią. Pragnąłem, byś opierała się na moim ramieniu. Żebyś kochała mnie choć w pewnym stopniu tak, jak ja kochałem Ciebie. I udało mi się Cię zdobyć… na chwilę, która i tak była o wiele za krótka.

„Tak mocno byłem pewny, czekałem kiedy powiesz mi
Że jesteś dla mnie, jesteś ze mną, że ja i Ty
To coś, co jest na pewno, że jest naprawdę
Że to co było między nami wciąż jest i wciąż jest ważne i…”

Nie doczekałem się od Ciebie słów: Kocham Cię. Zawsze , gdy o to pytałem, ty pytałaś mnie. A ja powinienem Ci to powiedzieć. Powinienem przyznać się do tego, nawet , gdybyś Ty odpowiedziała mi, że tego nie czujesz.


„A kiedy moja miłość zgaśnie, gdy naprawdę będę chciał iść sam
Gdy bez Ciebie będzie łatwiej, gdy bez Ciebie będę mógł być
Tam gdzie mieliśmy iść razem zawsze
Gdy przestaniesz tak naprawdę znaczyć już cokolwiek dla mnie
Gdy przestanę myśleć o czym myślisz i gdzie idziesz
Gdy to stanie się nieodwracalne gdy stąd wyjdziesz”

Jednak ona cały czas była ze mną. Miłość do Ciebie. Po naszym rozstaniu nie pozbierałem się już nigdy. Zawsze czułem Cię obok, szukałem wzrokiem Twoich oczu, szukałem Ciebie. Nie znajdowałem, staczając się coraz bardziej w bezdenną otchłań. Ciągle miałem Cię w swojej głowie, która powoli szalała z miłości.

„Gdy nie będę już tak bardzo chciał Cię widzieć
Gdy nie będę chciał Cię słuchać, gdy nie będę z Tobą milczeć
Gdy nie będziesz czuła do mnie tego już tak mocno
Gdy pomyślisz, że chcesz iść gdzieś, nie chcesz zostać”

Wiem, że nigdy nie wyrzucę Cię z pamięci. Wszystko, co dobre, znajdowałem w Tobie. Wspomnienia pozostaną ze mną na zawsze i będą najlepszym i najradośniejszym promykiem w moim szarym życiu.


„Jeśli mimo wątpliwości to nie będzie proste
Nie będzie intuicyjne, coś innego będzie dobre
Jeśli będę musiał się odwrócić i to co czuje zniszczyć
Nie móc o tym mówić
Jeśli będę musiał poczuć tak, musisz zrozumieć to
Będzie koniec nas, koniec, dziś tak to czuję, bo...”

Nikogo, nie pokochałem tak mocno, jak Ciebie. To nigdy się nie zmieni, bo nie ma osoby, przy której moje życie nabiera sensu , bo nią byłaś Ty, dlatego…

„Nie ma Cię gdy moje życie spada w dół i
Nie ma Cię gdy wszystko łamie się na pół i
Nie ma Cię i nie wiem już gdzie jesteś, ale dobrze,
Że nie wiesz co u mnie, bo pękło by Ci serce”

Moje życie spadło, roztrzaskało się, wpadło w głęboką studnię uczuć, tę pozbawioną dna. Bez Ciebie nic nie ma sensu, wszystko jest jak coś, co nigdy nie powinno zaistnieć.

Więc żegnaj kochanie, bądź szczęśliwa.

Zawsze Twój- Draco.

PS: Może się kiedyś jeszcze spotkamy…

* * *

Hermiona Jean Granger siedziała na ławce pod kancelarią adwokacką, tępo wpatrując się w treść listu. Listu, który zostawił jej zmarły Draco Malfoy- miłość jej życia. Bo kochała go jak nikogo. Gorące łzy swobodnie płynęły z jej brązowych oczu.

Dziewczyna teleportowała się do domu i nakreśliła na kawałku pergaminu „Żegnajcie”. Wiedziała, co zrobi. Stanęła hardo na nogach i z listem w ręku wycelowała różdżkę w swoją stronę.

-Dla Ciebie kochanie, wracam – szepnęła- Avada Kedavra.

Ciało bezwiednie opadło na drewnianą podłogę, z towarzyszącym odgłosem spadającej różdżki. A w ręku kawałek jej życia-list, dla którego nadawcy gotowa była umrzeć.

 
  Lúthien

środa, 25 maja 2016

Miniatura II: "Chwila" (18+)



Tekst zawiera treści erotyczne, więc dla przyzwoitości, jeszcze raz : +18 !

___________________________________________________________________________

Patrzę na wszystko,
Co dawno minęło i wiem
Nie mam teraz nic.

___________________________________________________________________________



-Kochanie, wróciłam- krzyknęła kobieta, zdejmując buty.

-Gdzie ty do tej pory byłaś? – wykrzyczał mężczyzna.

-Spokojnie, spotkałam Percy’ego, porozmawialiśmy chwilę- odpowiedziała, rozpinając guziki czarnego płaszcza.

-Zdradzasz mnie? I do tego z bratem?- zrobił kilka kroków w jej stronę.

-Niee , co ty sobie znowu ubzdurałeś?- łzy zaszkliły się w jej orzechowych oczach.

-Kłamiesz- w pokoju dał się słyszeć głośny plask. Na gładkiej twarzy dziewczyny widoczny był czerwony ślad ręki. Płacz, rozczarowanie, żal. Wybiegła z pokoju nie zważając na protesty chłopaka , wbiegła do sypialni, szybkim ruchem wyciągnęła walizkę. Pakuj- powiedziała, jednocześnie trzymając różdżkę.

- Hermiono, ja, ja nie wiedziałem co robię- usłyszała głos swojego narzeczonego.

- Odchodzę- wypowiedziała to słowo z żalem i deportowała się w bliżej nieokreślone miejsce.

Wylądowała przed domkiem jednorodzinnym swoich rodziców. Budynek należał nadal do niej, nawet po śmierci rodziców. Mały, ze skromnym, aczkolwiek dobrze zagospodarowanym podwórkiem, wyglądał całkiem schludnie. Wyjęła klucze i otworzyła furtkę. W oczy rzucił się zaniedbany trawnik. Przeszedłszy przez krótki chodniczek, odpieczętowała zaklęcia i weszła. Ogarnął ją mrok przedpokoju. Zapaliła światło, zdejmując przy tym płaszcz na zakurzony wieszak. Pozbyła się butów i weszła dalej. Włączyła żarówki w pomalowanym na jasne kolory salonie. Beżowe kanapy idealnie współgrały ze ścianami, a zdjęcia popostawiane na komodach, przypominały o dawnych dziejach. Łzy pociekły z jej oczu strumieniami. Ale co ona mogła na to poradzić. Nic… No właśnie. Zostało jej tylko wypłakać się, a może przyniesie jej to ukojenie. Stracenie Go, stracenie rodziców, stracenie narzeczonego, wspomnienia. Zbyt wiele…

Przeszła po schodach na górę, do swojej sypialni. Nic się w niej nie zmieniło, wciąż była dziewczęca, pomalowana na niebiesko, z białymi meblami, chociaż Ona stała się już kobietą. Następna fala gorących łez. Bez zastanowienia rzuciła się na łóżko i płakała, aż nie zasnęła. Sen nie był spokojny.

Chciała być szczęśliwa, ale już na początku odebrała sobie szczęście. Tuż po tym jak odeszła, po tym jak próbowała się poddać, zniknąć na zawsze z tego świata. No i wystawiła białą flagę, którą wiatr szarpał teraz w każdą z możliwych stron. Wiedziała, że nie mogą być razem, wiedziała, że to wszystko jest chore. Mogła zawalczyć, ale tego nie zrobiła. Za to on tak. Próbował, ale ona stała się zimna i nieczuła. Została inną osobą, bo się bała przyszłości. Tego, co ona może ze sobą przynieść.

* * *

Znowu myślał o niej. Z kolejną szklanką Ognistej Whiskey w dłoni. To nie ma końca. Ale ona ma teraz kogoś. Kocha, a o nim na pewno zapomniała. Zwątpił, stracił, nigdy nie będzie tym kim był z nią. Nie zmieni się. Niedługo zacznie pracę w ministerstwie, zatraci się w tym. Zapomni. Może…

* * *

Następne dni były udręką w jej życiu. Wspomnienia zalewały cały jej wolny czas. Były narzeczony kilka razy chciał ją przeprosić, ale ona wciąż odmawiała. Wiedziała, że nie może ulegnąć, bo gdy mężczyzna raz uderzy kobietę, to może się to powtórzyć. Znów sama…

Wstała o zwykłej porze gotowa na to, co miał przynieść dzisiejszy dzień w Ministerstwie Magii. Mimo przespanych godzin, wciąż była zmęczona. Zeszła do kuchni zrobić sobie śniadanie. Było to średnie pomieszczenie, dobrze zagospodarowane i przestronne. Stonowany koloryt nadawał ostrości pokoju. Zaparzyła herbatę i zjadła kilka kanapek. Poszła do swojej łazienki, umyła się i przebrała w czarną spódnicę, białą koszulę i granatowy żakiet. Umalowała się i uczesała włosy. Spakowała potrzebne rzeczy do ciemnej torebki, założyła zakryte szpilki w kolorze marynarki i płaszcz. Gotowa, deportowała się spod domu.

Stała przed pomnikiem poległych w ministerstwie. Szybkim krokiem ruszyła do windy.

-Hermiona ! – usłyszała wołanie. Odwróciła się i zobaczyła Teodora Notta, biegnącego w jej stronę. Nie było tajemnicą, że się przyjaźnią.

-Teo! Cześć, co u Ciebie?- spytała dziewczyna, uśmiechając się ciepło.

- Witaj kochana. A no wszystko dobrze- stwierdził chłopak przytulając przyjaciółkę.- Może spotkalibyśmy się w przerwie na lunch? – uśmiech ozdobił jego twarz.

- Bardzo chętnie. To widzimy się w kawiarni na górze ?- rozejrzała się dookoła.

- Jasne. Do zobaczenia- powiedział.

-Pa- mruknęła, odwracając się i idąc dalej do swojego Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów. Praca ciężka, ale sprawiająca satysfakcję. Otworzyła drzwi do swojego gabinetu, którego jak na razie nie dzieliła z nikim . Całkiem spore pomieszczenie, urządzone w odcieniach brązu, stało tam duże drewniane biurko i drewniana szafa na dokumenty, i drewniany regał na segregatory, a także jasna sofa, na której w przerwach odpoczywała.

Nim się obejrzała, była już przerwa na lunch, więc szybkim krokiem wyszła z pokoju na korytarz. Podążyła do czarodziejskiej kawiarenki na górze.

- No jestem- z entuzjazmem usiadła obok Teodora.

- Opowiadaj, dawno się nie widzieliśmy- powiedział chłopak.- Wypiękniałaś- stwierdził.

- Oj, Nott, Nott co z Ciebie będzie- zaśmiała się uroczo.- Wiesz, nic nowego, tylko zerwałam zaręczyny, znowu mieszkam w domu rodziców i jestem całkowicie rozbita…- wyrzuciła smutniejąc momentalnie. Ślizgon, nie czekając na nic przytulił dziewczynę. Siedzieli tak dość długo. Hermiona po prostu tego potrzebowała.

- Co się stało?- spytał po chwili.

- On, on mnie uderzył, zarzucał mi zdradę- mruknęła zawstydzona.

- Zawsze Ci mówiłem, że nie jest nic wart. Dobrze wiesz, kogo widzę obok Ciebie- wypalił szybko.- Właśnie, on ma zacząć pracę w Ministerstwie.

- COOOO ? – krzyknęła dosyć głośno, a parę osób obejrzało się w ich stronę.- Idę złożyć wypowiedzenie.

- Nie uciekaj, Miona, oboje wiemy, że nie kochałaś Weasley’a.

- Nie wypowiadaj przy mnie imion i nazwisk obu tych mężczyzn- zdenerwowała się.

- Posłuchaj, on się rozwiódł, Astoria go zdradzała… Jest wolny.

- Ale mnie to nie obchodzi. Wykorzystał mnie i zostawił- łzy zaszkliły się w jej brązowych oczach.- Nie przyszłam tu rozmawiać o nim. Jak tam mały Louise ?- zapytała.

- A rośnie, musisz go koniecznie odwiedzić, Pansy też chętnie się z Tobą spotka- odrzekł ożywiony.

- Dobrze, to ja już będę szła. Jeszcze trochę pracy mi zostało.

- Pa kochana- pożegnał się, a Herm dała mu buziaka w policzek.

* * *

Kolejny dzień w pracy…kolejny strach przed tym, że go spotka… kolejne obawy co zrobi, gdy go zobaczy… kolejne łzy poddania się i zakończenia walki o miłość.

* * *

Było już późno, ale ona ciągle siedziała w pracy. Miała jeszcze wiele „papierkowej roboty”, a że był piątek, to chciała zrobić wszystko dziś, żeby mieć luźniej w poniedziałek. Zbliżała się godzina piąta, gdy jej szefowa Mafalda Hopkirk , wparowała do jej gabinetu.

- Hermiono, w tej chwili do domu. Nie możesz siedzieć tak długo w pracy- wypaliła kobieta.

-Ale Mafaldo, muszę to skończyć dziś…-odpowiedziała.

- Bez dyskusji do domu- zakończyła rozmowę starsza pracownica i wyszła z pomieszczenia. Chcąc nie chcąc Granger musiała iść do pustego domu przepełnionego wspomnieniami. Spakowała swoje rzeczy, zabrała płaszcz i wyszła na cichy już korytarz. Jej kroki rozlegały się głośnym echem, odbijając się od kamieni i marmurów ścian. Tak, najpierw się z nią przespał, a później poszedł do Astorii, palant jeden. Nie wiedział nawet jak bolało. Nie wiedział, nie widział tego co przeżywałam. Idiota… Nie zawalczył. Po co Nott o nim wspominał… tylko narobił mi kolejnego kłopotu, mianowicie użerania się z własnym sercem- myślała gorzko Hermiona. Wyszła na główny hol, widząc jednocześnie kilka osób, które prędko deportowały się z Ministerstwa. Ruszyła pewnie przed siebie w kierunku wyjścia. Chciała zrobić sobie spacer do domu, i jednocześnie kupić coś do jedzenia. Kiedy otworzyła drzwi, jej nozdrza owinął chłodny zapach nocy i miasta. Lekki wiaterek targał jej włosy. Przeszła kilka kroków i wtem ktoś złapał ją za nadgarstek, delikatnie ciągnąc kilka kroków w ciemną uliczkę. Gwałtowne odwrócenie jej twarzy. Czyjeś wargi przylgnęły do jej warg. To TE usta. TEN chłód. TE oczy. To był ON.

Bez opamiętania całował ją, tak jak gdyby chciał na nowo odkryć te usta. Boże, jak on kochał ją. A ona przypominała sobie to, jak bardzo kochała jego. Nim się spostrzegła, coś szarpnęło ją w okolicy pępka i już była w jednym z jego mieszkań.

Oddawała pocałunki energicznie, nadal pragnąc więcej. Jak mogłaby zapomnieć to wszystko, czego doznała przy nim. No właśnie, próbowała, ale jednak, takich doznań nie dało się zapomnieć. Zbyt wiele radosnych wspomnień się z tym wiązało. Zbyt wiele wyczytała niegdyś w tych oczach. Zbyt dobrze znała te dłonie. Zbyt dokładnie pamiętała to ciało. Zbyt mocno kochała, by mogło przyjść spokojne zapomnienie.

Zaczęła rozpinać guziki jego czarnej jak heban koszuli, wciąż przywierając do tych warg. On za to szybkim ruchem pozbył się jej eleganckiej bluzki, zostawiając ją w samym czarnym i koronkowym staniku, kierując ich w stronę sypialni mężczyzny. Obcałowywał jej szyję, delikatnie przygryzając. A ona jęczała, w duchu wiedząc, że powinna przestać. Ale nie mogła.

Otworzył drzwi , podszedł i popchnął dziewczynę na łóżko, całując coraz to zachłanniej. Ich ręce błądziły po ciałach, tak odległych, a jednocześnie tak bliskich. Oddechy mieszały się w niejednolitym rytmie. Spódnica odfrunęła gdzieś w daleki kąt pokoju, a jego ręce gładziły jej rozgrzane uda. Natomiast jej dłonie rozpinały jego czarne spodnie. Pocałunkom nie było końca, a ich języki tańczyły taniec pełen pożądania. Jego dłonie wsunęły się pod ciało kobiety i rozpięły jej stanik. Pełne piersi brązowowłosej zachwycały go. Zaczął je masować swoimi dłońmi, ciągle całując wargi partnerki. Spodnie wylądowały gdzieś w okolicy spódnicy. Odsunął się od jej sutków, mocno wpijając się w jej usta, a palcami zaczął gładzić koronkowy materiał, ostatni, który został na jej ciele. Zaczął pobudzać ją, sprawiając jej katusze. Bo ona już chciała więcej. Ściągnął z siebie bokserki, a ona spojrzała na jego męskość, wyglądającą, jakby rzucono na nią zaklęcie Erecto. Pozbył się ostatniego skrawka materiału u dziewczyny i spojrzał na jej nagie ciało. Tęsknił, tęsknił jak cholera.

Rozsunął uda dziewczyny i wszedł w nią powoli, dając jej chwilę do akceptacji. Płynnymi ruchami zaczął ruszać swoimi biodrami, dając im obojgu niebywałą rozkosz. Jego ręce zaciskały się na jej piersiach, a usta pieściły jej szyję. Każdy dźwięk wydobywający się z ich ust, był szybko wyłapywany przez drugą osobę. Każdy kolejny ruch dawał przyjemność. W końcu doszło do całkowitego spełnienia, a oni bezwiednie opadli na łóżko, dysząc lekko. Wtulili się w siebie bez zbędnych słów i zasnęli. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Hermiona spała spokojnie, a żadne sny nie zamącały jej głowy.

To była chwila, która przerodziła się w długie minuty, a ona poddała się tej sekundzie pierwszego pocałunku, później nie mogąc przestać.
___________________________________________________________________________

`I’ve been waiting all night for you to tell me what you want,
tell me that you need me.
__________________________________________________________________________



Pierwsze promienie wschodzącego słońca zaczęły wdzierać się do jasnego pomieszczenia, przez nie zasłonięte, nieskazitelnie czyste okna. Brązowowłosa dziewczyna powoli budziła się, otwierając swoje powieki tak, by światło mogło paść na jej źrenice. Poczuła wtuloną w jej nagie ciało twarz, zdając sobie sprawę, że nie jest sama. Wtedy właśnie świadomość minionej nocy uderzyła ją niczym grom z jasnego nieba. Poddała mu się. Po takim czasie, w którym chciała zapomnieć. Ale nie zapomniała, wręcz pamiętała każdy jego skrawek. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, a ona nie mogła nic na to poradzić. Wyślizgnęła się zwinnie z jego ramion, ostatni raz patrząc w zamknięte oczy. Kiedyś to były tylko moje oczy. Mogłam oglądać je do woli, bez żadnych ograniczeń. Ale to minęło. Zaczęła cichcem zbierać swoje rzeczy, ubierając je po kolei. Otworzyła cicho drzwi, ostatni raz spoglądając przez ramię na blondyna.

-Żegnaj- szepnęła, wychodząc z pomieszczenia.

Szybko przemierzyła drogę do ostatniej części garderoby, nałożyła ją i ostatnie co widziała, to mężczyzna patrzący na nią błagalnym wzrokiem, szepczący: Zostań… Teleportowała się.

Wylądowała przed swoim domem. Otworzyła go i weszła. Wspięła się do sypialni, wyjęła walizki, mówiąc: Pakuj, a jej rzeczy same zaczęły się układać. Tymczasem wzięła pergamin i pióro.



Mafaldo,

Chciałabym poinformować Cię, iż rezygnuję z mojej posady. Przepraszam, ale sytuacja życiowa mnie do tego zmusiła i nie jestem w stanie pozostać w Londynie.

Z poważaniem

Hermiona Granger

PS Załączam wypowiedzenie. 



Z wielkim bólem przywołała swoją sowę Eurydykę, a gdy ta się zjawiła, powiedziała jej cel podróży. Ta tylko zahukała przyjaźnie, i wyleciała przez otworzone wcześniej okno.

Dziewczyna spojrzała na spakowane już rzeczy, postanawiając napisać jeszcze do Teodora, który może się o nią martwić.



Kochany Teo,

Wyjeżdżam, chyba wiesz z jakiego powodu. Tyle, że teraz sytuacja się pogorszyła. Spędziliśmy razem noc i to nie jest powód , który powinien mnie tu trzymać. Później prześlę Ci adres miejsca, w które chcę się przenieść. Trzymaj się, ucałuj rodzinkę. NIC MU NIE MÓW!

Całusy,

Miona. 


Spojrzała na spakowane walizki. Zmniejszyła je zaklęciem. Eurydyka właśnie wróciła, więc przywiązała jej do nóżki kolejny liścik, mówiąc: Do Notta, kochana, wiesz gdzie mnie później szukać. Wzięła bagaże i teleportowała się.

Wylądowała w znanym jej miejscu. Ulica Kociołkowa. Pomiędzy Elfów i Dębową, istniał magiczny kawałek ziemi, nazwany tak, ponieważ istniała tam fabryka kociołków czarodziejskich. Tak dobrze znane stare budynki, tego jakże urokliwego miasta. Tychy… Tak, powróciła tam, gdzie zawsze chciała wrócić, po jednych z wakacji, spędzonych z rodzicami, późniejszych krótkich odwiedzinach. To tu z nimi przyjechała, ale wtedy jeszcze nie wiedziała o istnieniu tej alejki. Wspaniała aglomeracja , dużo zieleni, właśnie tak zapamiętała to miejsce. Znowu owinął ją bieg tamtych dni, które przecież już dawno minęły. Potrząsnęła głową, chcąc je odpędzić.

Ruszyła w kierunku jednej z kamieniczek, w której prowadził swój hotel jej bardzo dobry znajomy. Po drodze mijała tak dobrze znane nazwy typu: bank Gringotta oddział w Tychach, księgarnia Esy&Floresy, Magiczne Dowcipy Weasley’ów i wiele innych. To tylko pokazywało jak dobrze rozwinięty handel mają te działalności.

Dotarła przed dębowe drzwi, ładnie otynkowanego i pomalowanego budynku. Naprzeciwko znajdował się mały skwer, pełen zieleni i fontann. Pójdę tam- postanowiła. Teraz jednak weszła do całkiem sporego holu, utrzymanego w bieli i brązie. Podeszła do recepcji

- Dzień Dobry, chciałabym wynająć jednoosobowy pokój- powiedziała panna Granger, uśmiechając się do niskiej, aczkolwiek chudziutkiej kobiety.

- Dzień Dobry, proszę chwilkę poczeka…

- Mionka…- nie dane było dokończyć recepcjonistce, gdyż jakiś męski głos krzyknął na całe pomieszczenie. Zdenerwowana dziewczyna odwróciła się, patrząc wprost w oblicze swojego znajomego, Adriana . Przystojny; ostre rysy, lekki zarost na szczęce i na policzkach oraz cudownie hipnotyzujące niebieskie oczy. Nie dziw, że oglądało się za nim nie jedno kobiece spojrzenie.

- Adi, cieszę się, że Cię widzę – powiedziała Hermiona, całując go w policzek.

- No powiem, że nie spodziewałem się Ciebie tutaj ponownie- stwierdził uradowany.- Ale fajnie, że przyjechałaś, naprawdę super.

- No, ja też się cieszę- odrzekła dziewczyna.

-Pokój 318- rzekła recepcjonista, podając brązowowłosej kartę.

- Pokój z najlepszym widokiem?- spytał kobietę. Ta tylko kiwnęła głową, patrząc dziwnie na swojego szefa.- Wspaniale.

- Dziękuję- chrząknęła Miona, biorąc swoje walizki.

- Pomogę Ci, przecież nie będziesz tego taszczyć- mruknął wesoło, wyciągając różdżkę z tylnej kieszeni. Jedno machnięcie, a bagaże rozpłynęły się w nicość.- Pewnie jesteś zmęczona po podróży, więc odprowadzę Cię do pokoju i dam spokój, ale myślę, że na jakąś kolację w późniejszym terminie mogę liczyć, co ?- uśmiechnął się zawadiacko.

-Niezły z niego gagatek-pomyślała.- Jasne. Czemu nie? Mów co u Ciebie?

- Wiesz, interes się kręci, nie mam w zasadzie na co narzekać… jedynie czego mi brakuje to tej jedynej… No, ale nie można mieć wszystkiego- stwierdził, sprawiając wrażenie wiecznego optymisty.

- Och, no o to w życiu ciężko…- starała się zejść z tematu miłości, który nijak jej nie pasował. Weszli do windy, a on wcisnął guziczek z jedenastką. Zaczął się delikatnie do niej zbliżać. Nagle jego usta dotknęły jej warg, namiętnie i delikatnie jednocześnie. Ona jednak znała już ich smak. Tak, te jednorazowe noce. A on był bohaterem jednej z nich. Odepchnęła go delikatnie, gdy jego dłonie zaczęły wędrować do jej pośladków.

- To nie powinno mieć miejsca- powiedział Ad, jakby do siebie, jednak jego myśli znowu zaczęła zajmować jej osoba. Winda zatrzymała się, a drzwi rozsunęły.

- Twój pokój, to ostatnie drzwi na lewo, w tamtą stronę- pokazał jej gestem dłoni, uściskał i uśmiechnął się, znikając za rozsuwanymi drzwiami.

Poszła we wskazaną stronę, mijając zadbany korytarz, utrzymany w tonacji bieli i beżu. Stanęła przed dębowymi drzwiami, wyjąwszy kartę, otworzyła zamek. Jej oczom ukazał się całkiem duży pokój, którego ściany były w kolorze krwistej czerwieni. Ciemna podłoga i biały sufit idealnie kontrastowały ze sobą. Naprzeciw drzwi, znajdowało się okno na całą ścianę, z którego rozciągała się piękna panorama Tychów. Łóżko, komoda, szafa, szafka nocna, lampka, wygodny fotel, było całym wyposażeniem tego miejsca, pomijając bagaże rozwalone na środku pokoju. Skromnie, aczkolwiek całkiem gustownie. Bez zastanowienia rzuciła się na łóżko, mając w planach przespać całą resztę dnia.

Obudził ją śpiew ptaków i miejski szum. Wstała, lekko chwiejąc się, poczuła niebywałe nudności. Szybko pobiegła do toalety. Wykonała poranne czynności, przebrała się i wyszła na śniadanie.

* * *

Leniwie otworzył oczy, jakby słysząc cichy szept, a jego ręka powędrowała na miejsce obok. Nie czując tam nic, szybko się podniósł, aż zakołowało mu się w głowie. Wtedy to zdał sobie sprawę, że jej już tutaj nie ma. Gwałtownie wstał i wybiegł z pokoju w nadziei, ze jeszcze ją zastanie. Wparował do salonu , tylko po to, by patrzeć jak ona ubiera bluzkę, tylko po to , by żałośnie szeptać „Zostań”. Ale ona odeszła, tak szybko, jak przyszła. Ponownie wymknęła się z jego silnych ramion, pozostawiając ból i pustkę, tak niemożliwie niebywałą. Odbierając radość nie tylko jemu, ale także sobie. Odbierając także coś jeszcze.

- O nie, teraz nie odpuszczę, znajdę Cię- obiecał sobie w myślach. Wziął prysznic, zjadł szybkie śniadanie i teleportował się wprost pod dom dziewczyny. Pukał, walił, dobijał się do drzwi, ale nikt mu nie odbierał, wreszcie pewna sąsiadka powiedziała mu, że Hermiona wyjechała. Nie zastanawiając się długo, wybrał się do Diabła.

Wylądował przed mieszkaniem przyjaciela. Zadzwonił do drzwi, czekając, aż jego kumpel łaskawie ruszy tyłek. Drzwi uchyliły się lekko, a wyjrzał zza nich sam zainteresowany.

-Człowieku, w sobotę? O tej porze? Odwiedziny? Nie dasz pożyć…- zaśmiał się nieco zdziwiony Blaise.

- Tak, musisz mi pomóc- powiedział zdesperowany, a Zabini widząc minę Malfoy’a, bez słowa wpuścił go do środka.- Siadaj- rzucił krótko gospodarz, gdy weszli do salonu, urządzonego w barwach Slytherinu, mianowicie zieleni i srebrze. Draco rozwalił się na czarnej sofie.- No mów, co się stało?- spytał łagodnie, podając mu szklankę pełną Ognistej Whisky.

- Bo widzisz, ona wczoraj, no my wiesz, spaliśmy ze sobą, myślałem, że zostanie ze mną, że wreszcie będziemy razem, a ona uciekła, wyjechała. Nie wiem gdzie- stwierdził przerażony.

- No stary, ale kto? Że Miona- spytał niedowierzając, a blondyn pokiwał głową.- Ty myślałeś, że ona od razu do Ciebie wróci i będzie z Tobą szczęśliwa?- zdziwił się.- No to nieźle się pomyliłeś- dodał.

Blaise nie był zaskoczony tym, że przyjaciel był zawiedziony jej zachowaniem. Bo przecież wielki Draco Malfoy zawsze dostaje to, czego chce, a tym razem mu się to nie udało. W tym tkwiła cała filozofia.

- Pomogę ci jej poszukać, ale jutro. Dziś to nie ma sensu. Mówię Ci, posłuchaj mnie- mruknął Diabeł.

- Nie możemy czekać- krzyknął rozeźlony Smok, który w każdej chwili mógłby oparzyć ogniem.

- Będziemy czekać, bo dziś to nie ma sensu, wierz mi- odpowiedział spokojnie i znudzenie Zabini.

- No dobra już…- smoczy ogień został zagaszony. Chociaż tyle udało się osiągnąć.

* * *

Brązowowłosa dziewczyna siedziała przy małym stoliku w hotelowej stołówce. Ale nic nie mogło przejść jej przez gardło. Czuła nudności, nie wiedząc czym to może być spowodowane. Nagle przed nią zmaterializował się Adrian z wielkim uśmiechem na twarzy.

- Dzień Dobry- przywitał się wesoło, dając dziewczynie całusa w policzek.

- Cześć- odpowiedziała, krzywiąc się jednocześnie, gdyż jakiś niemiły skurcz złapał ją w okolicach brzucha.

- Co się stało?- spytał zaniepokojony.

- Nic, chyba coś mi zaszkodziło- powiedziała uprzejmie, jednocześnie myśląc, co to do cholery mogło być.

- To niedobrze, ale myślę, że dasz się zaprosić na kolację wieczorem?- nerwowo spojrzał w jej stronę.

- Taak, jasne – uśmiechnęła się, chociaż tak naprawdę nie odmówiła tylko dlatego, że nie chciała być sama.

- To przyjdę po Ciebie o 19. Do zobaczenia- jeszcze raz ucałował jej policzek i odszedł wyraźnie radosnym krokiem.

Dokończyła śniadanie rozmyślając. Musiała uciec, bo nie wytrzymałaby kolejnego przywiązania i rozstania. Mogłaby wtedy znowu próbować… ale nie , nie myśli o tym. O tym co by było, gdyby odebrała sobie życie. Z tęsknoty, z bezradności. Ale uporała się z tym i tak zostanie. Nie może pozwolić sobie na kolejne załamania.

Poszła z powrotem do swojego pokoju, aby przebrać się i wyjść na spacer. Szybko minęła korytarz, założyła płaszczyk i cieplejsze buty, myśląc jednocześnie, że może świeże powietrze jakoś poprawi jej stan. Nie spiesząc się, wyszła z hotelu, patrząc wprost na fontannę rozpryskującą wodę w każdą z czterech stron świata. Urzeczona tym obrazem, usiadła na jednej z ławek, które ją otaczały. Obok niej, przysiadła się jakaś starsza pani, jej twarz okalały tysiące zmarszczek, a z oczu bił blask dawnych wydarzeń. Ubrana była gustownie, mimo swojego wieku, a jej głowę zdobił elegancki kapelusz.

- Musisz o siebie dbać, w tym stanie powinnaś się cieplej ubierać- odezwała się staruszka, uśmiechając się do dziewczyny. Zdziwiona Hermiona nie wiedziała co jej odpowiedzieć.

- Ja-jakim stanie?- zająknęła się, trochę bojąc się, co może od tej czarodziejki usłyszeć.

- Błogosławionym, oczywiście- powiedziała promiennie, na co Miona dostała zawrotu głowy. Ciąża, ja ? Niemożliwe.

- Ale, przecież to nie może być prawda- niedowierzała, mówiąc jakby sama do siebie.

- To jest prawda… Wiem, że przechodzisz teraz ciężkie chwile, że nic nie jest tak jak być powinno, ale zobaczysz, wszystko się ułoży. Zaufaj mi- potwierdziła swoje słowa nieznajoma, pocieszając Granger.

- Kim pani jest?- zapytała, spoglądając w stronę staruszki. I tu spotkał ją zawód. Nikogo tam nie było. Kobieta rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając ją samą ze swoimi myślami i tysiącem pytań.

Nie wierzę. To nie mogło się tak skończyć. Muszę iść do apteki, koniecznie. Wyszła do świata mugoli, przez przejście w pewnej dziurze w murze, kierując się tam, gdzie kupowała leki dla taty, kiedy byli na wakacjach. Znowu wspomnienia uderzyły w nią , gdy przechadzała się tak dobrze znanymi uliczkami.

Szybko przemierzyła trasę, dzielącą ją od celu, kupiła test ciążowy, weszła w ciemny zaułek i teleportowała się przed hotel. Wparowała do windy, wjechała do siebie na piętro i weszła do pokoju. Rozebrała się, zostawiając płaszcz i buty w progu. Przeszła do łazienki. Przyszedł czas na to, by poznać prawdę. To była ta chwila. Niezdecydowana, siedziała na skraju wanny. W końcu zdecydowała. Wykonała test. Czekała chwilę na wyniki.

Kiedy spojrzała na okienko, mało nie zemdlała. Pozytywny. Jest w ciąży. Będzie miała dziecko. Z NIM. Rozpłakała się. Z bezradności, z tęsknoty.

Płakała i płakała, a gorące i gorzkie łzy zalewały jej twarz. Nagle usłyszała pukanie. Adrian. Zapomniała. Wszedł dziarskim krokiem, ale gdy tylko spojrzał na dziewczynę, jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił. Troska i niepokój wstąpiły na młode oblicze chłopaka, postarzając go trochę. Podszedł do dziewczyny i przytulił, wiedząc, że tego właśnie potrzebuje. Myślał tylko o tym, aby ona w końcu się uspokoiła.

Gdy jej oddech stał się chociaż w pewnym stopniu miarowy, oderwał się od niej i spojrzał w czekoladowe oczy.

-Możesz mi powiedzieć, co się wydarzyło ?- zapytał, wciąż intensywnie się w nią wpatrując. A ona powiedziała mu całą historię, bez żadnych kłamstw i obejść. Z każdym kolejnym słowem, jego czy smutniały. Kiedy ona wylewała przed nim wszystkie uczucia względem blondyna, on tylko patrzył, nie przerywał.

- A właśnie dowiedziałam się, że jestem z nim w ciąży- nowa fala łez zalała jej piękną, nawet w takim stanie, twarz.

Nadal ją tulił ją do siebie, tak naprawdę nie wiedząc, co jej powiedzieć. To, że kocha ją od pierwszej rozmowy? To, że nigdy nie wyzbył się uczucia? To, że ukrywał to tyle czasu? Wiedział, że nie może. To jeszcze bardziej by ją podłamało. Chce tylko jej szczęścia. Skontaktuje się z tym całym blondynem. A nóż się uda? Musi wszystko zataić. Szybko podjął decyzję Podał jej eliksir słodkiego snu w szklance wody. Po chwili smacznie spała w swoim łóżku, opatulona kołdrą, z włosami rozwianymi na śnieżnobiałej poduszce.

* * *

Smok i Diabeł siedzieli na sofie, popijając Ognistą.

- Kochanie, pozwól tu na chwilę- krzyknęła kobieta z kuchni.

- Zaraz przyjdę- mruknął brunet, stawiając szklankę na małym, dębowym stoliku.

Wszedł do pomieszczenia, patrząc na swoją żonę. Zgrabna, niska, z zaokrąglonym brzuchem. Pani Zabini. Ginewra Zabini.

- Co się stało?- spytała.

- No wiesz, Miona zniknęła, Draco jest załamany, nie wie gdzie jej szukać. Powiedziałem mu, żebyśmy poczekali do jutra- zdradził Gin.

- To się porobiło. Trudno- potarła swój nosek, przy okazji zabarwiając go mąką na biało. Mąż podszedł, starł biel z jej nosa i ucałował krótko. Wyszedł do przyjaciela.

- No ja będę się zbierał- powiedział Malfoy. Blaise spojrzał na niego zdziwiony.

-To nie zostaniesz na obiedzie?- spytał.

- Nie, nie będę wam robił kłopotu- założył marynarkę, wymienił uścisk dłoni z Zabinim i rzucił kilka słów pożegnania i wyszedł. Diabeł wrócił do żony.

- Czy on naprawdę jest taki zakochany ?- spytała kobieta, troszkę niedowierzając mężowi.

- Wiesz, znam go tyle czasu i jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. To tak nieprawdopodobne, że możliwe- rzucił.

- Ta miłość- rozmarzyła się Ginny, wspominając to jak zaczęła się jej przygoda z tym czarnoskórym mężczyzną.

* * *

Wszedł do swojego mieszkania. Skierował się do kuchni by na szybko coś zjeść. Otworzył lodówkę, zrobił sobie kilka kanapek i herbatę, zjadł w ciszy. Wszedł do sypialni rozebrał się i położył na łóżku. Momentalnie owinął go jej zapach, pozostawiony z poprzedniej nocy. Tak bliskie, a jednak tak odległe wspomnienia. Wczoraj była, dziś już jej nie ma. A powinna być. Dlaczego dał jej odejść? Teraz właśnie powinien tulić ją do siebie, jak największy skarb. Ale tego nie robi. Bo nie powiedział jej, że kocha ją nad życie i bez niej nic nie ma sensu. Mimo wszystko łzy zatańczyły w jego stalowoszarych oczach, a on nie miał wpływu na to, kiedy kryształy zaczęły spływać po jego bladej twarzy. Rozpłakał się z niemocy, niewiedzy, tęsknoty i własnej głupoty. Kiedy już bezsilność osiągnęła wyczerpujący wynik, zasnął, a w snach widział tylko jedną twarz.

* * *

Czas zawitać do Dawida. Pomoże mu odszukać tego całego Malfoy’a. Teleportował się spod hotelu, mając nadzieję, że go zastanie w domu. Aportował się w ciemnej uliczce, by potem ruszyć pod blok w którym mieszkał chłopak. Zadzwonił standardowym dzwonkiem, by potem usłyszeć cichy głos:

-Tak?

-Tu Adrian- powiedział, a Dawid wpuścił go do środka. Szybko wspiął się po schodach na drugie piętro i zapukał do drzwi. Po kilku chwilach otworzył mu wysoki chłopak, o rudych włosach, niesamowicie zielonych oczach, wydatne szczęce i wysokich kościach policzkowych. Przystojny i młody.

- Cześć – przywitał się Ad, wchodząc do małego mieszkania.

- Siema, co Cię tu sprowadza? Dawno mnie nie odwiedzałeś- zrobił urażoną minę, ale zaraz potem rozpromienił się wskazując miejsce gościowi.

- No mam do Ciebie pewną sprawę… - powiedział niepewnie, siadając.

- O kogo chodzi?- zapytał bez zbędnych komentarzy.

- Pomóż mi znaleźć Draco Malfoy’a…- rozjaśnił przybysz, patrząc wprost na Dawida.

- A kto to ? – ciekawość wzięła górę.

- Ktoś, po prostu mi pomóż. Wiesz, że wisisz mi jedną przysługę, więc…- delikatnie zasugerował.

-Dobra, nie ma problemu. Wiesz chociaż gdzie mieszka?

- W Londynie. Zależy mi na czasie- wyrzucił Ad.

- Zobaczymy co da się zrobić- stwierdził entuzjastycznie.

Czekała ich cała noc pracy. Włamywanie się do mugolskich systemów, przełamywanie czarodziejskich zaklęć. Wszystko dążyło do jednego celu.

* * *

Poczuła jak czyjeś wargi wtapiają się w jej malinowe usta. Poczuła dobrze znany chłód. To jest sen… to na pewno sen – pomyślała krótko i dalej oddawała pocałunki, zdziwiona jak bardzo realny może być sen. Jego ręce zaczęły błądzić po jej ciele. Długie palce dotykały z utęsknieniem każdego skrawka. Jakie to jest realistyczne. W końcu opamiętała się i otworzyła oczy, jednak dalej całowała przybysza. To jest prawda… Ta myśl uderzyła ją niczym zimna woda w upalny dzień. Oderwali się od siebie, a ona patrzyła na niego oniemiała.

- Kocham Cię- powiedział patrząc wprost w rozpalone, brązowe oczy.

Nie mogła uwierzyć w to co słyszy.

- Hermiono, kochałem Cię od samego początku i będę do samego końca. Proszę, zostań ze mną- wyznał błagalnym tonem, a na tęczówkach zalśniły łzy.

- Lubisz dzieci?- spytała ni stąd ni zowąd, a twarz jej lśniła w blasku słońca. Zdezorientowany blondyn patrzył na nią z niedowierzaniem.

- Kocham dzieci- rzekł lekko prawdę, bo tak naprawdę zawsze marzył o swoich, którym mógłby dać dom o wiele lepszy od tego, który miał on.

- To dobrze się składa, bo za dziewięć miesięcy zostaniesz ojcem- powiedziała, uśmiechając się do niego promiennie.

Nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Będzie miał dziecko. Wziął Gryfonkę w objęcia, nie przestając tulić. Pocałował ją czule, tak jak robi to osoba, która mogłaby rzucić się w ogień dla tej drugiej. Chcąc trzymać ją w ramionach do końca swoich dni.

Dni, które upłyną na wzlotach i upadkach… Dni, które odznaczać się będą szczęściem. Dni bezgranicznej miłości… Dni, które będzie wspominał najlepiej jak się da, przy kominku, trzymając rękę swojej ukochanej… Dni, w których jego dzieci, będą zaczynały iść własną, niezależną drogą… Dni, dzięki którym zrozumie, że dzięki decyzjom podejmowanym pod wpływem chwili, życie staje się lepsze.

* * * 


Ile minęło? Może rok, może dwa? A może czterdzieści lat? A może to tylko chwila, w której jesteśmy zdolni tylko na zamknięcie i otworzenie naszych powiek? Sekundy, minuty, godziny, dni, noce, tygodnie, miesiące, dekady, wieki, tysiąclecia… Czy to wiele? Dla nich to bardzo wiele. Dla nich każda sekunda to dar, mogą ją wykorzystać na miłość. Miłość tak oddaną, tak wierną, tak niespotykaną w dzisiejszych czasach… Zmarli razem, w jednym dniu, bo przecież jedno nie mogłoby żyć bez drugiego… Ale czy to dziwne? Nie sądzę… A ludzie mądrzy sercem, nazywają to miłością… miłością, do samego końca.
Witam :D 
Tak jak obiecałam, dziś kolejna miniaturka :D Moje pierwsze 18+, tak właśnie wszystko się zaczęło. Myślę, że im dalej, tym lepiej, dlatego powiem tak, nie zrażajcie się xD 
Pozdrawiam,
L. ;*

środa, 18 maja 2016

Miniatura I: "Niezawodna pamięć"



PRZECZYTAJ ZANIM STWIERDZISZ, ŻE TO TYLKO BZDURY :P

Siema moi Drodzy :D 

Moja nieobecność jest wynikiem kompletnego braku weny i czasu, doskwiera mi całkowity spadek pisarskich wymysłów, przykro mi i przepraszam za to :(

Dlatego też doszłam do wniosku, że w zamian za ten zjazd zacznę stopniowo dodawać usunięte niegdyś miniaturki :D Myślę, że niektórzy ucieszą się z takiego obrotu wydarzeń :D

Mam nadzieję, że będą dla Was one idealnym punktem widzenia na moje dawne podjeście do Dramione :D Może ich poziom nie grzeszy wysokością, ale cóż, nie zaczyna się od najwyższych szczytów :D 

Obiecuję, że miniaturka będzie się pojawiać co tydzień, a jeśli wrócę do pisarskiego życia, wtedy nowości dodawać będę na bieżąco :D 

Pozdrawiam, 
Lúthien :*

_______________________________________________________

Kolejny miesiąc… Kolejna szklanka Ognistej Whisky w dłoni arystokraty… Kolejne nic nieznaczące kobiety w jego łóżku… Kolejne godziny spędzane na upijaniu się do nieprzytomności… Kolejne ranki w objęciach nie tej, którą chciałby mieć… Kolejna łza, chociaż pojedyncza, pokazująca ból…
* * *
Myślałam, że zapomniałam… Myślałam, że potrafię zmierzyć się z przyszłością… Myślałam, że gdy go zobaczę, nie rozpłaczę się… Myślałam, że gdy go ponownie usłyszę, nie zemdleję… Myślałam, że gdy on na mnie spojrzy, nie ucieknę wzrokiem… Myślałam, ale to tylko myśli, a nie rzeczywistość.
* * *
Każda historia ma swój początek i swoje zakończenie. Nic nie jest w stanie przewidzieć tego, co ukartował dla nas los. Jakie problemy i trudy musimy przejść w drodze do tak niepewnego szczęścia. Zatraceni we wspomnieniach, zapominamy o teraźniejszości, która przecież kształtuje przeszłość. Tylko przyszłość jest nieprzenikniona niczym wiosenna mgła. Nie wiemy co się wydarzy… Wróżbiarstwo to jedno wielkie, zagmatwane pojęcie nauki, która tylko w pewnym stopniu i to bardzo nikłym oraz niepewnym, pokazuje nam przyszłe wydarzenia. Ale tacy ludzie jak my, nie mają na to wpływu. Przychodzi nam tylko godzić się z tym, co rzuci nam pod nogi wiatr i iść dalej, ciesząc się każdą chwilą.
* * *
Minęło wiele czasu od ich ostatniego spotkania. On wyjechał do Polski, ona do Francji. Tak naprawdę każde z nich wierzyło, że to drugie się zmieniło. Dopiero teraz odczuwali brak tej drugiej osoby. Siebie nawzajem. I to bez żadnych zmian. Kochali się, ale nigdy tego nie wypowiedzieli. Pragnęli, ale nigdy tego nie ujawnili. Tęsknili, ale nigdy tego nie okazali. To błędy, które tylko oni mogą poprawić. 
-Wreszcie dom- mruknęła do siebie brązowowłosa dziewczyna, stojąc przed drzwiami zgrabnego domu. Stała tak chwilę, nie przejmując się spadającym na jej rzęsy śniegiem. Samotna, zagubiona, ale silna i pracowita. Wiedziała, że to będą bardzo smutne święta.
Otworzyła drzwi. Powitał ją mroczny przedpokój. Zapaliła światło, zawieszając kurtkę na wieszaku. Malutkie pomieszczenie pomalowane w tonacji beżu wyglądało bardzo gustownie. Zdjęła buty i weszła dalej. Otoczył ją całkiem spory salon ze ścianami w odcieniach pomarańczy. Kremowa sofa ustawiona była przed małym stoliczkiem. Położyła tam swoją torbę i ruszyła dalej. Kuchnia z szarymi płytkami i czerwonymi meblami dodała trochę ostrości domowi. W lodówce świeciło pustkami, więc postanowiła, że przebierze się i pójdzie na zakupy. Weszła schodami na górę, do swojej sypialni. Łączyło się z nią tyle wspomnień. To tam Ron poprosił ją o rękę. To tam się zgodziła. Tam płakała, gdy się rozstali, po tym jak ją uderzył. Tam odpoczywała. Tam kilka razy był On… Nie, nie myśl o tym. Szybko rozpakowała walizkę jednym ruchem różdżki i poszła do łazienki. Przebrała się, ubrała buty i kurtkę i wyszła z domu. Zamknęła drzwi zaklęciem i poszła najpierw do mugolskiego sklepu z żywnością. Odesłała zakupy jednym zaklęciem do domu. Weszła w ciemną uliczkę i deportowała się na Pokątną.
Wylądowała przed księgarnią Esy&Floresy. Musiała kupić prezenty, w końcu zbliżała się Gwiazdka. Długo zastanawiała się nad wyborem czegoś dla Ginny i padło na Znajdź czarodzieja w swoim dziecku. Był to poradnik dla rodziców, który pomagał uzdalniać dziecko jeszcze przed pójściem do szkoły. Harry i Ginny mieli już syna Jamesa. Miał on 1 roczek. Była jego matką chrzestną. Zaraz po jego chrzcie wyjechała z kraju. Zapłaciła należność i wyszła z pomieszczenia. Idąc, wiatr smagał jej włosy, targając je niemiłosiernie. James’owi wybrała małą replikę Błyskawicy, wiedząc, że jego ojciec na pewno będzie miał uciechę. Samemu Harry’emu wybrała zestaw eliksirów podręcznych, które kupiła w aptece. Obkupiona, udała się do małej kawiarenki na rozgrzewającą kawkę. Siedziała, myśląc co by było, gdyby nie zostawiła Go. Gdyby nie wyjechała. Gdyby zaryzykowała. Bała się, cholernie się bała, że ją zrani. Że zabawi się i zostawi. Tak bardzo się bała. Nie miała na to wpływu.
Szedł ulicą w stronę apteki. Jego twarz niemal zlewała się z pobielałym od śniegu niebem. Oglądał wystawy sklepowe z obojętną miną. Ciągle jakieś kobiety patrzyły na niego tęsknym wzrokiem. Nie zauważał tego. Nie chciał. Nagle w jednym z okien jakiejś kawiarni mignęła mu burza brązowych loków. Nie, to nie może być ona. Nie. Dyskretnie przyjrzał się. To była ona. Zmieniła pozycję siedzenia. Poznał ją . To ona. Tak. Jego serce podskoczyło z radości. Poczeka na nią, aż wyjdzie.
Piła spokojnie ciepłą już kawę. Robiło się już późno i zdecydowała się wyjść. Miała przecież odwiedzić jeszcze Potterów, którzy nawet nie wiedzą o jej przyjeździe. Zapłaciła, zostawiła napiwek, ubrała się i wyszła. Zrobiło się o wiele chłodniej niż wcześniej. Potarła ręce, przeklinając się w duchu, ze nie wzięła rękawiczek. Szła w kierunku ściany, przy której chciała się deportować.
Chłopak idzie za dziewczyną . Nagle ona staje. On przyspiesza. Dziewczyna już okręca się w miejscu, gdy chłopak łapie ją za rękę. Dziewczyna przestaje. Patrzy na swoją rękę, owiniętą w tak dobrze jej znaną dłoń. On. Wrócił. On wrócił… Czuje jego dotyk, pamięta go tak dobrze, chociaż tak bardzo chciała o nim zapomnieć. Nie podnosi głowy. Nie ma odwagi spojrzeć mu w twarz.
-Granger, spójrz na mnie, proszę- powiedział Draco błagalnym tonem, jakby to miało być ostatnią deską ratunku. Dziewczyna nie ruszała się. Delikatnie złapał jej brodę i uniósł do góry. Jej oczy. Oczy takie ciepłe, pełne miłości, jednak teraz zapełnione łzami.- Wreszcie, wreszcie Cię znalazłem- nie zastanawiając się długo, pocałował dziewczynę czule. Jego wargi tak pragnęły jej ust, tych malinowych ust. To była ona. Nareszcie. Oderwał się od niej.- Kocham Cię. Zrozumiałem to, kiedy odeszłaś. Kocham Cię-pomyślał. Hermiona zaczęła głośniej płakać.
Zapomniałam. A jednak pamiętałam. Smak tych chłodnych ust; dotyk tych bladych dłoni; spojrzenie tych szarych, nieskończonych oczu. A on całował, coraz zachłanniej, jakby to miało go uratować przed światem. Nie wyrywała się, wręcz przeciwnie, mimo łez , tak obficie płynących po jej twarzy, oddawała pocałunki z takim samym zaangażowaniem. Jednak jak wszystko przemija, tak i ona opamiętała się i wyrwała z uścisku.
-Co ty tutaj robisz ?- wielkie krople padały na blade policzki, a rzęsy były niewidocznie oszronione. Już chciała się deportować i w ostatniej chwili jej ramię złapał chłopak.
Aportowali się przy domu dziewczyny.
- Nie pozwolę Ci odejść. Zrozum to. Nie pozwolę- ostatnie słowa wykrzyczał, pocałował ją stanowczo w usta i deportował się. Zostawił Hermionę samą z myślami. 
Płakała. Całą noc, cały następny dzień. Cały czas. Sny wróciły ze zdwojoną siłą. Czemu jej to zrobił, czemu ? Pojawił się, zapalił iskierkę nadziei, która teraz znowu nie zgaśnie.
Nastał dzień Wigilii. Miała go spędzić sama ze swoimi troskami. Nie chciała zakłócać szczęścia Potterom, ani nikomu innemu. Poszła do sklepu na zakupy. Kupiła potrzebne składniki i ruszyła do domu. Otworzyła drzwi, a jej nozdrza owiał tak dobrze znany zapach. To niemożliwe- potrząsnęła głową. Rozebrała się i weszła po ciemku do salonu, nie zwracając uwagi na nic. Zapaliła światło w kuchni i wzięła się za przygotowywanie kolacji. Nagle na jej talii pojawiły się czyjeś ręce. Krzyknęła, próbując się wyrwać.
- Chyba nie myślisz, że będziesz dziś sama- usłyszała głos, który kiedyś wywoływał u niej uśmiech. Draco zaczął muskać szyję Hermiony swoimi ustami, nie zważając na to, że dziewczyna trzymała w ręku patelnię.
- Proszę Cię, przestań- zdziwiony odchylił swoją głowę.- Jak ty się tu dostałeś?
- Jestem czarodziejem w końcu, nie?- uśmiechnął się.- Dlaczego wyjechałaś?
Wahała się przez chwile - Prawda? Przecież mnie wyśmieje. Ale chociaż odejdzie i nie będzie się mną bawił.
- A jak myślisz. Z żadną dziewczyną nie byłeś dłużej niż dwa tygodnie. Zakochałam się, jak głupia. Cały czas żyłam w strachu, że mnie zostawisz. Odeszłam, prościej było zapomnieć-wyrzuciła z siebie.
Jego myśli biegły jak oszalałe. Zakochała się. W nim. To niemożliwe. Błagał o to. Marzenia się spełniają.
- Granger, nigdy nie byłaś jakąś tam dziewczyną. Ty byłaś, jesteś tą jedyną. Nie rozumiesz. Nie zapomniałem . Myślałem o Tobie cały czas, nie było nocy bym nie widział Cię w snach. Nie było dnia spokoju, w którym wspomnienia nie zalewałyby mojego umysłu. Granger, ja, ja Cię kocham …-powiedział prosto w oczy Miony, błagając by odpowiedziała to samo. Głośny brzdęk wypełnił im uszy. To patelnia spadła Herm z ręki. Dziewczyna tylko przybliżyła się do chłopaka i pocałowała go, czując ten chłód, za którym tak niezmiernie tęskniła. Całowali się bez opamiętania, nie mając w tym umiaru.
- Kocham Cię Draco, tak tęskniłam- wymruczała mu do ucha, a on tylko przytulił ją mocno.
Wzięli się za przygotowywanie kolacji. Szybko zrobili kilka potraw i nakryli do stołu, a Hermiona poszła się przebrać. Założyła na siebie czarną sukienkę przed kolano z długim rękawem, przylegającą do ciała. Włosy związała w luźny koczek, założyła czarne szpilki i srebrną biżuterię. Zeszła na dół.
- Śliczna jak zawsze- powiedział blondwłosy, który wcale nie wyglądał gorzej. Jego mleczna karnacja idealnie kontrastowała z czarnym garniturem i koszulą. Dziewczyna uśmiechnęła się w podzięce.
- Podzielmy się opłatkiem- powiedziała Miona cicho.
- Myślę, że to, co teraz się stanie będzie moim jedynym i najważniejszym życzeniem-podszedł do niej i uklęknął. Z wewnętrznej kieszeni wyjął czarne pudełeczko. Otworzył je delikatnie.
- Hermiono Jean Granger, czy zechcesz zostać moją żoną?- spytał z szerokim uśmiechem na ustach.
-No nie wiem, nie wiem –powiedziała. Mina chłopakowi momentalnie zrzedła.- Oczywiście , że chcę- wykrzyknęła radośnie i pocałowała krótko jego wargi. Założył jej na palec piękny, srebrny pierścionek, z kilkoma brylancikami ułożonymi w finezyjny wzór.
- Jest piękny- mruknęła do chłopaka.- No to jedzmy.
* * *
Minął rok. Piękny rok. W życiu dwójki zaszły wielkie zmiany. Tak potoczyło się ich życie. Splotło ze sobą ich ręce w drodze do szczęścia. Kolejne święta mijały im wesoło. Tym bardziej, że była ich już trójka. Kilkutygodniowy Scorpius był całą dumą Dracona i wielką radością Hermiony. Tak spędzali święta w towarzystwie Potterów i ich dwójki dzieciaków.
Znaleźli siebie. Pośród milionów innych ludzi odnaleźli tę drugą połówkę. Przebrnęli przez te wszystkie trudy, kłopoty i problemy. Zawalczyli, zaryzykowali i dostali w zamian szczęście.
Czy można chcieć więcej? Nie…oni chcą tylko siebie.

niedziela, 20 marca 2016

Miniatura XXIV

Cause you're my religion, you're how I'm living
When all my friends say I should take some space
Well I can't envision that for a minute
When I'm down on my knees, you're how I pray
__________________________________________________
Moje myśli wciąż wracają do niego.

Jego niebieskie oczy błyszczały w ciemnym pokoju, gdy patrzył na mnie z góry. Źrenice rozszerzone do granic możliwości rejestrowały każdą część mojego nagiego ciała. Rzęsy rzucały długie cienie na policzki.

Jedna dłoń głaskała mój bok, delikatnie, tak jakbym za chwilę mogła zniknąć, jakby jego dotyk miał mnie unicestwić.

Ja jednak wcale nie miałam zamiaru uciekać.

Byłam ogarnięta urokiem, który zwinnie roztaczał. Coś niesamowitego działo się za każdym razem, kiedy jego palce wędrowały po moim ciele. Coś uzależniającego, hipnotyzującego w sposobie, w jakim wypowiadał poszczególne słowa.

- Jesteś moja – słyszałam wtedy wyraźnie, jego dłoń trzymała moje biodro mocno.

Nie protestowałam. Nigdy nie zdobędę się na odmowę. Nie dla niego.

Uzależnienie objawia się potrzebą ciągłego zażywania swojej dawki, za każdym razem w większej ilości. Nie ważne, czy jest to kokaina, marihuana, alkohol. Wszystko działa w ten sam sposób. Wiedziałam, że jeśli powiem „nie”, mój narkotyk odejdzie. A wraz z nim odejdę ja.

Dlatego, gdy pojawiał się w progu, miałam świadomość, że potrzebuję coraz więcej niego. Za każdym razem, dawałam mu więcej w nadziei, że więcej dostanę.

Jego usta zakrywają moje, a nasze ciała splatają się. Jest we mnie, porusza się powoli, razem ze mną sięga po rozkosz. Zawsze każe mi patrzyć w oczy, krzyczy, gdy tego nie robię.

Bezwzględny - otarte nadgarstki, zaczerwienienia na szyi zawsze pozostają po wspólnej nocy. Ale to dla mnie tak wiele. Trzyma mnie to w pewności, że to, co się działo nie było senną marą.

Zastanawiam się, czy to, co czuję to właśnie miłość.

Pragnę go znów obok siebie.

Pragnę mieć pewność, że przybędzie.

Pragnę go już na zawsze.

Pragnę poznać jego życie.

Pragnę opowiedzieć mu swoje.

Pragnę oddać mu swój oddech.

Pragnę…

Pragnienia to tylko marzenia, które mogą gorzko zawieźć lub szczodrze ucieszyć.

Obym nigdy nie przestała pragnąć.
___________________________________________________

wtorek, 8 marca 2016

Miniatura XXIII (18+)

Because I'm crazy, baby
I need you to come here and save me
I'm your little scarlet, starlet, singing in the garden
Kiss me on my open mouth ready for you
______________________________________________________

Najpierw spojrzałam w jego oczy. Z daleka uniosłam brew. Byłam całkowicie świadoma tego, że to ujrzał. Taki właśnie miałam zamiar.

Jego szklanka wypełniona drogim trunkiem uniosła się w niemym toaście przeznaczonym tylko dla mnie. Uśmiech rozświetlił moją twarz – zwodniczy, uwodzicielski, wyrachowany.

Odwróciłam wzrok i pewnym krokiem przemierzyłam salę wypełnioną nadętymi bogaczami, których myślenie ograniczało się do jednej rzeczy – pieniędzy. Stukot czarnych szpilek znikał w gwarze rozmów.

To jednak nie miało znaczenia. Wiedziałam, kiedy On zdecydował się podążyć za mną. Czułam jego oddech na swoich plecach. O to właśnie chodziło tej nocy.

Dzisiejszego wieczoru dostałam szansę. Mogłam naprawić to, co sprawiło, że stałam się tym, kim byłam.

Wchodzę do gabinetu, który wita mnie otwarty. Siadam na biurku i czekam. To kwestia kilku chwil.

Zaraz usłyszę jego głos, dostrzegę zmiany, jakie czas naniósł na twarz. Wreszcie zostanę przywrócona do życia.

Drzwi otwierają się, a jego ciało wślizguje się do środka. Wreszcie odwraca się w moją stronę.

- Kim on jest? – pyta krótko ze złością, a ja wiem, o kim mowa. Nie chcę się jednak tłumaczyć. To nie ma znaczenia. Nic już nie ma znaczenia.

Podchodzę do niego w ciszy.

- Kto to? – ponawia pytanie, ja jednak wciąż milczę.

Wiem, że to mnie naprawi.

Dlatego nie zastanawiając się nad niczym, przysuwam się, łapię jego głowę w dłonie i zaczynam całować jego usta. Z początku wszystko jest niewinne, tak jak nasze pierwsze pocałunki.

Potem jednak wybucha ogień.

Nasze języki zaczynają się ścierać. Jego dłonie wreszcie lądują na moich plecach, ich dotyk jest znajomy, kojący.

Moje ręce niecierpliwie kierują się ku guzikom białej koszuli, która zaraz upada na podłogę.

Dotykam jego nagiej klatki, pleców. Jest mi gorąco, tak bardzo gorąco, a gdy on zdejmuje moją czarną sukienkę, czuję wielką ulgę.

Popycha mnie w stronę kanapy stojącej w rogu gabinetu. Upadamy na nią, wciąż się całując. Jest na mnie, a ja czuję, że ożywam.

Jego dłoń wsuwa się w moje majtki i obejmuje moją kobiecość. Jęczę, gdy jego palec wsuwa się do środka i zaczyna się poruszać. Drugą dłoń trzyma na mojej piersi.

Jestem zniecierpliwiona. Chcę go najbliżej jak tylko się da.

Zsuwam dłoń i rozpinam guziki spodni, zsuwam je szybko razem z bokserkami.

Przesuwam palcami po jego erekcji, pobudzam go jeszcze bardziej.

Chwyta swój penis i zastępuje nim swoje palce, wprowadzając go we mnie. Oddycham ciężko. Tego chciałam, tego pragnęłam, to mam.

Dyszymy oboje, gdy porusza się. Trzymam swoje dłonie na jego plecach, paznokcie pozostawiają delikatne ślady.

Znajome ruchy, znajome pocałunki, znajomy dotyk doprowadzają mnie do szaleństwa.

Orgazm uderza w nas oboje, gdy mężczyzna upada na mnie, a ja łapę go za włosy i przytulam jego głowę do piersi. Dyszymy ciężko, cisza między nami trwa nadal.

W końcu, gdy nasze serca odzyskały zwykły rytm, jego głowa unosi się, a oczy patrzą wprost w moje. Jego twarz jest poważna, dostrzegam jednak coś specyficznego w spojrzeniu, które mi posyła.

- A teraz powiedz mi, skarbie, kto to jest? – pyta, a wtedy mój śmiech wypełnia całe pomieszczenie.

Wróciłam.

______________________________________________________
Lana del Rey- Off to the Races 
Wiecie, co robić.
L. ;* 

sobota, 27 lutego 2016

Miniatura XXII: "Ratunek" cz. I

Lost but now I am found
I can see but once I was blind
I was so confused as a little child
Tried to take what I could get
Scared that I couldn't find all the answers honey
___________________________________________________________

W ciemnej celi jedynym źródłem światła była świeca, stojąca na małym stoliku. Obok niego znajdowało się posłanie złożone z cienkiego materaca i równie lichego koca. W pomieszczeniu dało się słyszeć cichą walkę o oddech pewnej dziewczyny, która leżała pod ścianą. Jej świadomość już dawno wygasła, nadzieja zniknęła, a umysł powoli przyzwyczajał się do swojego nieubłaganego losu.

Za drzwiami ktoś cicho wypowiedział zaklęcie: Alohomora. Zamek kliknął i czarna postać wsunęła się do środka.

Przybysz, nie zdejmując kaptura, rozejrzał się i podszedł do dziewczyny.

- Hermiona? Hermiona? – pytał. Ale dziewczyna nie odpowiadała.

Nie zastanawiając się wziął bezwładne ciało na ręce i wyniósł, pozostawiając pustą jedną z części lochów twierdzy Lorda Voldemorta.

* * *

Hermiona powoli wyrywała się z sennych objęć. Było jej ciepło i wygodnie, dlatego nie chciała otwierać oczu. Nie chciała znowu oglądać ociekających wodą cegieł lochów Voldemorta. Jednak w pewnym momencie usłyszała obok siebie kroki, a śmierciożercy nigdy nie otwierali cel.

Dziewczyna rozchyliła powieki i dotarło do niej światło dnia. Musiała zmrużyć oczy, by przyzwyczaić się do jasności, której nie widziała tyle czasu.

„Co się stało?”- zadawała sobie pytanie. Nie pamiętała nic prócz tego, jak osuwała się po mokrej ścianie i swojego płaczu na podłodze celi.

- Witaj Granger – usłyszała, gdy jej oczy napotkały stalowy wzrok Draco Malfoy’a, jej szkolnego wroga.

Stał obok łóżka, wysoki, blady, starszy. Miał na sobie białą koszulę i czarne spodnie, a jego twarz nie wyrażała nic innego, jak skrajne rozbawienie.

- Gdzie jestem? – spytała szybko. – Jak to się stało?

- Oj Granger, może odpowiedziałabyś grzecznie na moje powitanie, co? – odpowiedział patrząc gdzieś w okolice jej piersi.

Hermiona dopiero wtedy spostrzegła, że pod cienką kołdrą nie ma na sobie kompletnie nic.

- Malfoy! Co Ty wyprawiasz? – otuliła się szczelniej. – W tej chwili tłumacz, o co tu chodzi! – rumieniec okrył jej policzek. – Jeśli myślisz, że zostanę Twoją seks-niewolnicą, albo czymś takim…- nie dokończyła, ponieważ blondyn roześmiał się na cały głos.

- Widzę, że wyobraźnia nadal działa prawidłowo – powiedział, śmiejąc się i pokazując przy tym zęby.

- Mów!

- Nie muszę Ci się tłumaczyć, Granger. Póki co, zostajesz tutaj i robisz wszystko, co każę Ci zrobić – rzekł, gdy coś za oknem pochłonęło jego uwagę.

- Odpłacę się…

* * *

Dni mijały, a stan Hermiony polepszał się. Nabrała sił i jak najmocniej starała się unikać obecności Draco. Czasami jedli razem śniadania, czasami budziła się w środku nocy, gdy siedział w kuchni i opatrywał swoje rany, czasami wracał i kazał jej siedzieć w pokoju, dopóki nie doprowadził się do porządku.

Nadal nie wiedziała, w jakim miejscu się znajduje. Było to zaklęcie, o którym niegdyś czytała. Mieszkanie było ładne, ale nieduże, dlatego sprawiało wrażenie przytulnego. Jedna ze ścian zapełniona była książkami, które uporządkowane leżały na wielkim regale.

Dziewczyna czuła się tu dobrze. Nigdy nie pomyślałaby, że Draco Malfoy mógłby uratować ją z koszmaru, jakim było ostatnie kilka tygodni jej życia. Zastanawiała się jedynie w jakim celu to właśnie on ją odszukał.

Jak do tej pory, nie mogła mu nic zarzucić. Był wobec niej obojętny, nie maltretował jej tak, jak robili to śmierciożercy. Praktycznie ze sobą nie rozmawiali. Tylko raz odważyła się spytać o to, co stało się tamtego dnia. Wtedy zbeształ ją, by przestała zadawać pytania, bo w każdej chwili może tam wrócić.

Hermiona westchnęła ciężko i wróciła do przygotowania kolacji. Lada moment miał pojawić się Draco.

* * *

W kuchni świeciły się lampy, kiedy para jadła posiłek. Ich rozmowa opierała się na wymianie spostrzeżeń na temat pogody, która była tego dnia wyjątkowo paskudna. Gdy cisza przeciągała się, Draco wstał od stołu, wyjął dwa kieliszki i nalał do nich czerwonego wina.

- Zdrowie, Granger – powiedział, podając jej trunek. Chciał by ten dzień nabrał trochę koloru. – Może jutro będzie lepsze niż dzisiaj.

- Co się stało? – zapytała Hermiona, upijając łyk.

Draco nie odpowiedział, patrzył tylko na dziewczynę. Tylko dzięki niej jeszcze się jakoś trzymał. Nie mogła wiedzieć, jaka sytuacja panowała teraz na wojennym froncie. Koniec był blisko, zbyt blisko. Wiedział, że niedługo ona odejdzie. A on znów zostanie sam.

Wypił zawartość swojego kieliszka jednym haustem.

- Przepraszam – powiedział cicho, patrząc w jej brązowe oczy.

Hermiona zamrugała mocno i przetarła oczy, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszała. Za co mógłby przepraszać ją Malfoy? I od kiedy on zaczął kogokolwiek przepraszać? Nie zdążyła spytać, a Draco kontynuował.

- Jesteś uznana w całym magicznym świecie za osobę zmarłą – wyrzucił szybko i zamknął oczy. Wiedział, że ukrywanie tego faktu nie ma sensu. – Gdy zostałaś porwana, wszyscy zostali przekonani, że nie żyjesz, jedynie najbliżsi współpracownicy Czarnego Pana wiedzieli, że wciąż żyjesz. Ale kiedy wyciągnąłem Cię z lochu, i oni musieli przyznać oficjalnie Twoją śmierć.

Dziewczyna oniemiała. Ta informacja powiedziała jej, że powrót do realnego świata będzie wielką niewiadomą. Zdała sobie również sprawę z tego, że Draco nie tylko ją uratował, ale wciąż ją chroni.

- Dowiedzieli się, że to Ty? – zapytała, patrząc mu w oczy.

- Nie…

- Dziękuję – powiedziała i złapała go za rękę.

Draco szybko wysunął dłoń z uścisku. Dreszcz, który przeszedł jego ciało w momencie, w którym go dotknęła sprawił, że był gotów zrobić dla niej wszystko.

- Dobranoc – pożegnał Hermionę, dając jej tym do zrozumienia, że czas by opuściła kuchnię.

* * * 

Dni dłużyły się Hermionie niemiłosiernie. Czekała jedynie wieczoru, gdy do domu wracał Draco z nowymi wieściami. Od tamtego dnia, kiedy dowiedziała się całej prawdy, zaczęli coraz częściej rozmawiać. Co prawda, wymieniali często uwagi jedynie na jakieś powierzchowne tematy, ale zdarzały się momenty, gdy na wierzch wypływały wspomnienia, a zwierzenia osiągały intymny poziom.

Nigdy nie spodziewałaby się, że Malfoy stanie się jej sprzymierzeńcem, przyjacielem. Coraz częściej zastanawiała się, dlaczego uratował właśnie ją. Zawsze łączyła ich nienawiść, on był czynnym śmierciożercą i zwykłym draniem, ona natomiast tą dobrą dziewczyną, przyjaciółką Wybrańca i Rona, i Ginny.

Ale to nie oni wyzwolili ją z okrutnych rąk Voldemorta. Był to Draco. Ktoś, po kim nigdy by się tego nie spodziewała.

Było już kilka minut po północy, gdy wreszcie drzwi mieszkania otworzyły się, a do środka chwiejnym krokiem wszedł obiekt myśli dziewczyny.

- Witaj kochanie! – powiedział Draco, zdejmując płaszcz, mało co przy tym nie upadając na podłogę. – Nie spodziewałaś się mnie tak wcześnie, co? – dodał, łapiąc równowagę.

- Malfoy! – krzyknęła Hermiona, gdy zatoczył się, wpadając na stolik.

Mężczyzna zaczął bełkotać niewyraźnie, gdy kobieta popchnęła go na kanapę, na której jeszcze przed chwilą czytała.

Momentalnie, Draco zasnął i zaczął pochrapywać cicho. Jego twarz momentalnie zmieniła wyraz, stała się łagodna, odprężona.

Koszula Malfoy’a w kilku miejscach była zakrwawiona. Nie zastanawiając się długo, Hermiona zaczęła rozpinać guziki i zsuwać ubranie z ramion mężczyzny. Na jego torsie widniało kilka zadrapań, a na boku ciągnęła się rana od zaklęcia tnącego.

Dziewczyna wzięła różdżkę wystającą z kieszeni spodni i rozpoczęła leczenie każdej rany po kolei. Blondyn syczał przy niektórych czynnościach, jednak wciąż spał jak zabity. Ilość alkoholu dała mu się we znaki.

* * *

Gdy już Hermiona zrobiła wszystko, co należało by doprowadzić Draco do używalności, poszła wziąć prysznic. Była bardzo ciekawa tego, co też mogło sprawić, że doprowadził się do takiego stanu.

Była pewna, że wydarzyło się coś wielkiego. Malfoy nigdy nie wracał do domu pijany.

Zastanawiała się też, kiedy poznała na tyle tego mężczyznę, by wiedzieć o nim takie rzeczy. Wszystko stało się szybko. Szybko zaaklimatyzowała się w tym miejscu i zaczęła nazywać go domem. Szybko zapomniała, że jej prawdziwy dom znajdował się w Londynie. Szybko zdała sobie sprawę, że obecność Draco była dla niej czymś przyjemnym, czymś, co dawało jej chęci do tego, by kiedyś wyjść na wolność.

Wyszła z łazienki w samym ręczniku i skierowała się w stronę salonu, by sprawdzić, co z jej towarzyszem. Leżał on nadal na kanapie, jego oczy były zamknięte, oddychał miarowo.

Wpadła na pomysł, by postawić mu butelkę wody i eliksir na kaca na stoliku. Wyjęła wodę z lodówki i zaczęła szukać w szafce odpowiedniej mikstury, gdy na poczuła na swoich biodrach dłonie. Krzyknęła cicho i odwróciła się szybko, mając przed sobą półnagiego, całkiem przytomnego Draco, który przypierał ją do kuchennego blatu.

- Co robisz? – spytała, a jej oczy rozszerzyły się.

- To, co powinienem zrobić już dawno – wyznał, a jego usta opadły na rozchylone wargi Hermiony.

____________________________________________________
Cześć :D 
Co myślicie o tym wytworze mojej wyobraźni? 
Co myślicie o szablonie? 
Komentujcie, proszę, to naprawdę daje wiele :)
I bardzo prosze mi zostawiać linki do swoich blogów, umieszczę w polecanych :D
Kolejna część jak sprawdzianik z bryły sztywnej będzie na 2 :DDDDDD
Wszelkie pytania o starsze miniaturki proszę kierować na e-mail:
verstehe.euch.nicht@gmail.com
Pozdrawiam, 
L. :*